Badanie „Faulty Math: The economics of legalizing the grey album” opracowane przez Dereka E. Baumbauera analizuje ekonomiczne i społeczne aspekty kontroli posiadacza praw autorskich nad tworzeniem dzieł zależnych. Badacz konfrontuje powszechne przekonania o zasadności kontroli nad tworzeniem dzieł zależnych z empirycznymi danymi i dowodzi, że koszty ekonomiczne oraz społeczne utrzymywania tego typu regulacji przewyższają zyski płynące z ochrony.

Przedstawia on cztery korzyści płynące ze zrezygnowania z nadawania posiadaczowi praw przywileju decydowania o tworzeniu dzieł zależnych:

1. Zmniejszenie kosztów tworzenia dzieł zależnych poprzez zniesienie konieczności opłat licencyjnych, co prowadzi do zwiększenia ilości powstających utworów.

2. Zwiększenie się ilości utworów w niszach, które stają się nieopłacalne przez konieczność płacenia za licencje. Bez ograniczeń tworzenia dzieł zależnych artyści będą mogli aktywnie reagować na nowe potrzeby bez obawy o konsekwencje, a kultura z wieloma gałęziami i aspektami jest postrzegana jako społecznie pożądana.

3. Użytkownicy otrzymają legalny i pożądany sposób na obcowanie z dziełem – w tym tworzenie własnych interpretacji i rozwinięć. Nie wszystkie z nich będą miały wartość komercyjną, będą służyć wyłącznie jako element budowania relacji z innymi fanami danego dzieła oraz autorami oryginału (przykładem jest np. fan fiction). Autor podaje za przykład stronę FanFic, na której zamieszczono 44 000 dzieł opartych o przygody Harrego Pottera. Obcowanie z kulturą oparte o tworzenie własnych interpretacji jest równocześnie najlepszą szkołą dla przyszłych twórców.

4. Zniesienie kontroli nad dziełami zależnymi pozwoliłoby szybko reagować na społeczne wydarzenia. Dzieła będące komentarzem do rzeczywistości szybko tracą swoją wartość i odwlekanie procesu tworzenia dzieł zależnych może po prostu likwidować możliwość ekspresji.

Rozprawa z argumentami za utrzymaniem kontroli powstawania dzieł zależnych

Derek E. Baumbauer analizuje ekonomiczne i społeczne znaczenie prawa twórcy do decydowania o powstawaniu dzieł zależnych i zwraca uwagę, że uzasadnienia obowiązywania tego systemu nie ma podstaw. Zauważa, że można go bronić na gruncie praw moralnych, ale nie podejmuje tego wątku nie chcąc rozmywać głównego przesłania pracy.

Jego podstawowym zarzutem jest to, że prawie każda teoria ekonomiczna wspierająca istnienie kontroli powstawania dzieł zależnych opiera się na założeniu, że twórca oryginału ma idealną znajomość rynku, na którym działa oraz, że najlepiej zaspokoi się potrzeby co do danego dzieła oraz utworów zależnych jeśli rynek będzie nadzorowany przez jeden podmiot – posiadacza praw.

Autor obala tę teorię wskazując na kilka faktów m.in. na to, że w roku 2004 tylko 2% z 1,2 miliona pozycji na amerykańskim rynku książkowym sprzedało się w nakładzie większym niż 5000 egzemplarzy, a 70% filmów produkowanych w Hollywood nie wychodzi na zero. W wypadku rynku muzycznego aż 90% albumów nie przynosi zysków wydawcy. Pokazuje to, że posiadacze praw nie są w stanie nawet w przybliżeniu oszacować potrzeb rynku, a co dopiero efektywnie kontrolować rozprzestrzenianie się dzieła.

Baumbauer zauważa również, że kontrola dzieł zależnych nie może stymulować powstawania nowych utworów – praktycznie każde dzieło ludzkich rąk jest dziełem zależnym. Oznacza to, że system ten nie promuje twórczości, a wyłącznie obarcza ją bardzo wysokimi kosztami początkowymi, co zmniejsza ilość tworzonych dzieł. Ponadto powstawanie dzieł zależnych jest ściśle powiązane z sukcesem oryginału, więc prawie wszystkie pieniądze uzyskane dzięki licencjom trafiają do największych i najpopularniejszych graczy na rynku, co prowadzi wyłącznie do maksymalizowania zysków pojedynczych podmiotów, a nie zwiększenia ilości utworów. Może to mieć zresztą negatywny wpływ na tworzenie nowych utworów – często zyski te są inwestowane w zatrudnianie bardziej znanych celebrytów i tworzenie kolejnych części jednego dzieła.

Autor rozprawia się również ze szczegółowymi argumentami za utrzymaniem kontroli nad powstawaniem dzieł zależnych m.in.:

  • Możliwość dyskryminacji cenowej sprawia, że posiadacz praw może dopasować ceny do wymagań poszczególnych odbiorców, a przez to dotrzeć do największego grona ludzi

Powyższe twierdzenie zakłada, że dzięki dyskryminacji cenowej (tj. ustalania ceny dla różnych podmiotów na różnym poziomie) można sprostać wymaganiom wszystkich uczestników rynku – dzięki kontroli nad powstawaniem dzieł zależnych posiadacz praw może pobierać małe opłaty od osób chcących wyłącznie zapoznać się z dziełem, a duże od tych, którzy chcą budować na jego podstawie. Autor publikacji udowadnia jednak, że w rzeczywistości nie dochodzi do tego typu sytuacji – w końcu podmiot posiadający prawa nie ma pełnej wiedzy o rynku, co sprawia że nie będzie w stanie odgórnie, centralnie ustalić odpowiedniej ceny i zasięgu. Dyskryminacja cenowa może prowadzić wyłącznie do zwiększenia zysków, ale będzie się to działo kosztem ilości odbiorców oraz powstawania nowych dzieł.

  • Dzięki kontroli powstawania dzieł zależnych twórca może dbać maksymalnie efektywne wykorzystanie rynku. Powstrzymuje to nadprodukcję utworów tam, gdzie nie ma na nie zapotrzebowania, tzw. „kopanie suchych studni”

Powyższe twierdzenie zakłada, że podmiot posiadający prawa ma doskonałą wiedzę o zapotrzebowaniu uczestników rynku. W rzeczywistości to konkurencja zapewnia lepsze rozpoznanie i zaspokojenie potrzeb. Ponadto nadprodukcja w pewnych dziedzinach sprawia, że szybciej dochodzi do innowacji i zmian – twórcy muszą konkurować ze sobą jakością lepiej odpowiadając na potrzeby użytkowników. Pokazany jest jeszcze jeden ważny czynnik: to duża ilość danych pochodzących od różnych podmiotów pozwala ustalić rzeczywisty kształt rynku, co jest korzystne zarówno dla podmiotów planujących inwestycje w kulturę, jak i odbiorców, którzy otrzymują różnorodne treści.

Kolejnym argumentem przeciwko teorii, że centralna kontrola posiadacza praw prowadzi do maksymalnej efektywności jest fakt, że twórca oryginału rzadko zdaje sobie sprawę z nisz, do których może dotrzeć – istnieją grupy zainteresowane pewnymi typami produktów, o których twórca po prostu nie może wiedzieć. Nie mają one dużej wartości ekonomicznej i koszty pozyskania licencji mogą być wyższe niż spodziewane przychody. W sytuacji, w której twórca nie będzie miał kontroli nad tworzeniem dzieł zależnych nisza ta zostanie zaspokojona przez tego, kto będzie miał na to pomysł.

  • Brak kontroli nad powstawaniem dzieł zależnych sprawi, że twórcy będą opóźniali wprowadzanie nowych utworów na rynek – zanim to zrobią będą chcieli zabezpieczyć potencjalnie lukratywny rynek dzieł zależnych. Kontrola nad nimi sprawia, że mogą najpierw publikować, a dopiero potem licencjonować dalej.

Powyższy argument nie utrzymuje się na gruncie teorii ekonomicznej oraz analizy dowodów – posiadacze praw nie mogą być nigdy pewni dochodu nawet ze swojego pierwotnego rynku – sprzedaży biletów, egzemplarzy książek, albumów muzycznych. Trzeba również zaznaczyć, że dochody z dzieł zależnych prawie zawsze pojawiają się dopiero po sukcesie dzieła oryginalnego – adaptacji filmowych doczekują się popularne książki, w sklepach pojawiają się wyłącznie zabawki przedstawiające bohaterów popularnych filmów. W związku z tym powstrzymywanie się z publikacją oryginału będzie szkodliwe dla posiadacza praw, który będzie pozbawiał się (i tak niepewnej) dominującej części dochodów bez żadnej potencjalnej korzyści.

  • Kontrola nad powstawaniem dzieł zależnych zmniejsza ryzyko inwestowania w dzieło, a przez to zachęca twórców do tworzenia

Podstawowym argumentem obalającym tę teorię jest fakt, że licencje na tworzenie dzieł zależnych stanowią mały procent dochodów posiadaczy praw. Autor przytacza dane, z których wynika, że w 2002 roku tylko 1% dochodów wydawców książek stanowiły opłaty licencyjne. W wypadku przemysłu filmowego sytuacja nie wygląda inaczej – tylko 5% dochodów to opłaty licencyjne za tworzenie dzieł zależnych. Wyjątkiem w tej kwestii są niektórzy wydawcy komiksów – Marvel czerpie tylko 1/5 swoich dochodów z pierwotnej działalności – reszta to opłaty licencyjne np. za korzystanie z postaci Spidermana. Dochody od licencji na dzieła zależne mogą wyłącznie zwiększyć zarobki tych produkcji, którym się udało, więc nie wpływają na zmniejszenie ryzyka inwestycyjnego – jest ono powiązane głównie z pierwotnym rynkiem. Warto tutaj nadmienić, że dzieła zależne mogą zwiększyć przychody oryginału – z 80 milionów sprzedanych (od 1938 roku) kopii „Władcy Pierścieni” aż 25 milionów zostało kupionych w latach 2001-2003, po premierze adaptacji filmowej. Kontrola powstawania dzieł zależnych zmniejsza ich ilość, a przez to może prowadzić wręcz do ograniczenia sukcesu pierwotnego dzieła.

Pojawiają się jednak skrajne przykłady pokazujące jak ważna może być kontrola nad tworzeniem dzieł zależnych, są to np. dochody z licencjonowania takich dzieł jak „Gwiezdne Wojny” czy „Harry Potter”. Należy jednak pamiętać, że to przypadki incydentalne o  częstotliwości wygranych na loterii. I właśnie w ten sposób należy je traktować – wiele osób woli patrzeć na nieosiągalną wielką wygraną niż skupić się na rzeczywistej analizie szans. Podejście takie sprawia, że społeczeństwo ponosi koszty brnąc w nieefektywne rozwiązania.

Autor porusza również wiele innych wątków – sygnalizuje problem jakim może być zastąpienie dzieła oryginalnego przez dzieła zależne (np. sztuki teatralnej przez film), co może uderzać w interesy pierwotnego twórcy. Wskazuje również na pewne rozwiązania tej kwestii – np. zmianę klasyfikacji pewnych utworów zależnych. Zgodnie z wizją Baumbauera tłumaczenia czy skróty powinny stać się polami eksploatacji, co zapewniłoby twórcom ochroną przez „kanibalizacją” ich dzieł i utratą praw. Innym problemem mogłoby być „podbieranie” twórcom sequeli ich dzieł.

Zapraszamy do lektury całego tekstu:

fot. fragmenty infografiki „Nie bądź piratem, dziel się ze światem” opracowanej dla Koalicji Otwartej Edukacji przez Kasię Sawko oraz Karolinę Kotkowską, lic. CC BY-SA