4144764381_978a811808_o

Blokowanie dostępu do stron z nieautoryzowanymi treściami nie daje przemysłowi rozrywkowemu żadnych rezultatów, wręcz przeciwnie – utrudnia mu życie rozpraszając ruch i utrudniając wyszukiwanie naruszających prawa autorskie treści. James Brandes, który pracuje dla firmy Digital Copyright Consultancy zajmującej się zwalczaniem piractwa opisuje swoje doświadczenia.

W komentarzu tłumaczy, dlaczego kroki podjęte przez brytyjski przemysł muzyczny nie dadzą pożądanych skutków i utrudnią dalszą walkę z nieautoryzowanymi treściami. BPI (British Phongraphic Industry) domaga się blokowania dostępu do stron z torrentami na poziomie podmiotów dostarczających połączenia z internetem, co sprawia, że internauci korzystający z ich usług nie są w stanie wejść na zablokowane adresy. Ograniczenia te bardzo łatwo obejść, a w sieci nieustannie pojawiają się lustrzane strony cenzurowanych serwisów. Z punktu widzenia użytkownika działania BPI nie powodują dużych utrudnień.

Za to ogromne problemy mają firmy, których zadaniem jest szukanie i usuwanie z sieci treści naruszających prawa autorskie. Jednym ze sposobów ich działania jest wysyłanie listów z żądaniem usunięcia wyniku wyszukiwania np. z Google (notice-and-takedown), aby uniemożliwić użytkownikom dostęp do nieautoryzowanych treści przez popularne szukajki. Jest to dość łatwa procedura, jeśli mamy do czynienia z pojedynczymi, dużymi serwisami – usunięcie wyniku odcina jedną z dróg dotarcia do treści. Problem pojawia się, kiedy w międzyczasie odbywa się gra w kotka i myszkę pomiędzy dostawcami blokującymi dostęp do domen, a użytkownikami tworzącymi nowe – oznacza to, że co dzień powstają dziesiątki adresów prowadzących do tych samych plików, które pod innym adresem zostały przywrócone do wyników wyszukiwania i są swobodnie dostępne dla każdego, kto wpisze odpowiednią frazę.

Brandes twierdzi, że brytyjskie doświadczenia pokazują jak bardzo bezradni są posiadacze praw wobec użytkowników korzystających z VPN (szyfrowanych połączeń uniemożliwiających określenie adresu IP oraz lokalizacji), stają się oni po prostu niewidoczni dla dostawców internetu, którzy nie mogą zastosować restrykcji wobec osób schowanych w prywatnej sieci. Krytykuje on również brak transparentności działań BPI oraz fakt, że organizacja ignoruje sądy przy podejmowaniu decyzji o blokowaniu dostępu i cenzurowaniu treści. W jego wypowiedzi pojawia się jeszcze jeden ciekawy wątek – chociaż wskazuje portale z torrentami jako czynnik ułatwiający nieautoryzowany obieg, to sprzeciwia się praktykom, które zbyt dotkliwie cenzurują dostęp do nich, ponieważ są ważnym węzłem w dzieleniu się darmowymi treściami oraz utworami z domeny publicznej.

I w efekcie antypiracka polityka zaczyna odnosić odwrotny do zamierzanego skutek – chociaż rośnie ilość usuwanych linków z wyszukiwania Google (amerykańska organizacja RIAA wysłała w ciągu ostatniego kwartału 25 mln zgłoszeń, w całym zeszłym roku – tylko 20 mln), to może się okazać, że proporcjonalnie osiąga się coraz gorsze efekty – na każdy milion usuniętych wyników wyszukiwania do The Pirate Bay usuwa się kilka milionów linków do kopii tej strony, co de facto oznacza powielanie tych samych działań. Jak zauważa Andy z Torrenfreaka wynika to z bardzo prostego faktu – usuwanie treści z internetu niewiele daje, bo ich powielenie jest łatwe. Usuwanie linków daje jeszcze mniej, bo jeszcze łatwiej je mnożyć.

Całość wypowiedzi można przeczytać na stronie Open Rights Group

for. lyzadanger, CC BY-NC-SA