Czy muzyka lecąca w reklamach powinna stanowić podstawę do wniesienia opłat dla organizacji zbiorowego zarządzania prawami muzyków? Według jednego z polskich stowarzyszeń – jak najbardziej. Każdy, kto posiada telewizor i umożliwia innym oglądanie lecących w nim reklam powinien odprowadzać opłaty za publiczne odtwarzanie utworów muzycznych.

Przedsiębiorca w województwa śląskiego w swoim zajeździe miał telewizor, z którego korzystali goście. Jedna z OZZ stwierdziła, że należą się jej pieniądze za muzykę, która leci w reklamach w przerwach między programami.

Sprawa wygląda tak absurdalnie, że ciężko się do niej odnieść. Dlatego przerażać może fakt, że dopiero sąd drugiej instancji przywrócił rzeczywistości trochę zdrowego rozsądku i odrzucił wszelkie roszczenia. W pierwszej instancji w wyroku przychylono się do argumentacji Stowarzyszenia (nie wiadomo, o które chodzi, ale biorąc pod uwagę charakter roszczeń – będzie to prawdopodobnie ZAiKS) i przedsiębiorca, który prowadził zajazd został zobowiązany do zapłaty ponad 8000zł.

Sytuacja pokazuje, że OZZ odłączają się od rzeczywistości i – co niepokojące – coraz bardziej widzą siebie w roli policjanta, którego rolą jest kontrolowanie obywateli i przedsiębiorców w celu uzyskiwania pieniędzy z odszkodowań. W opisanym powyżej przypadku można wręcz mówić o próbie wykorzystania nieznajomości przepisów prawa autorskiego w celu uzyskania pieniędzy pod bardzo wątpliwym pretekstem.

Z ZAiKSem można wygrać

Powyższą informację można zestawić z wyrokiem, który zapadł w październiku 2011 w Kielcach. Przedsiębiorca postanowił nie płacić ZAiKSowi za odtwarzanie muzyki w swoim biurze i wygrał z organizacją zbiorowego zarządzania. Udowodnił, że muzyka z radia nie wpływała w żaden sposób na jego przychody, a służyła wyłącznie pracownikom, kiedy czekali na klienta. Sąd przychylił się do jego argumentacji.

Komentarz

W Polsce obserwujemy trendy, które mają już miejsce w państwach Zachodu. Masowe wysyłanie żądań rekompensat stało się popularnym modelem biznesowym – ludzie obawiając się konsekwencji związanych z naruszeniem monopoli intelektualnych godzą się na poniesienie kosztów ugody, chociaż w rzeczywistości często nie popełnili żadnego nielegalnego czynu. Niska świadomość zakresu prawa autorskiego przy równoczesnym przesyceniu środków masowego przekazu informacjami o tym, że korzystanie z nieautoryzowanych źródeł jest karalne sprawia, że ludzie czują się zastraszeni i godzą się na krzywdzące warunki zrezygnowania z drogi sądowej. Równocześnie przykłady tych osób, które postanowiły zmierzyć się z zarzutami przed sądem pokazują, że roszczenia są bardzo często wyssane z palca. Widać to zwłaszcza na przykładzie działań podejmowanych przez instytucje państwowe – we Francji ustawa HADOPI okazała się spektakularną porażką, a kilka lat jej działania zwieńczono jednym wyrokiem skazującym rzemieślnika na 150 Euro grzywny. Równocześnie akcje tego typu nie wpływają na zwiększenie sprzedaży płyt czy dochody artystów (przykład Francji). Ich jedynym beneficjentem, kosztem wszystkich innych interesariuszy, mogą zostać ci, którym uda się zyskać pozycję w lawinie pozwów.

źródło: Dziennik Internautów

fot. Justin in SD, CC BY-NC-SA