Kolejne badanie pokazuje, że świat obiegu treści jest o wiele bardziej skomplikowany, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Badanie dwóch naukowców: Christiana Peukerta oraz Jörga Claussena rzuca nowe światło na przemysł rozrywkowy.

Badacze postawili sobie zasadnicze (i bardzo zasadne!) pytanie: skoro serwis MegaUpload został zamknięty w imię interesu wielkich wytwórni (które z kolei twierdzą, że działają w imię drobnych twórców), to czy zyskały one cokolwiek na swoich działaniach? Zarówno w polskim jak i angielskim internecie można przeczytać, że nie. Przecież spadek dochodów nie może wróżyć niczego dobrego. Jestem jednak w stanie zaryzykować, trochę na przekór, twierdzenie, że jest to

znaczący sukces dla wielkich podmiotów branży rozrywkowej

Ta teza może dziwić – w końcu przychody z filmów spadły. W jaki sposób jest to w interesie przemysłu kinematograficznego? Odpowiedź może zasugerować nowa struktura (za wcześnie, żeby używać słowa „trend”) dochodów. Okazuje się, że wiele z największych produkcji (tych, które wyświetlono w więcej niż pięciuset salach kinowych) w sposób zauważalny zwiększyło swoje przychody. Stracili tylko średni i mali.

Pokazuje to, o co naprawdę chodzi w prawnoautorskich rozgrywkach – o kontrolę nad treścią oraz o odsunięcie groźby, że na rynku pojawią się nowi gracze. Badania Phillippe Aigrain pokazują, że tradycyjne modele dystrybucji premiują największych, przysłowiowe top10 zgarnia prawie wszystkie środki, które przeznaczamy na kulturę. Ale w nieformalnych sieciach wymiany (głównie p2p) sytuacja jest o wiele bardziej demokratyczna – bardzo mocną grupę stanowią dzieła niszowe oraz te, które nie podpadają pod kryteria masowej, popowej kultury.

Badacze we wnioskach podkreślają, że spadek wpływów małych i średnich produkcji filmowych może wynikać z faktu, że osłabiono jeden z podstawowych kanałów rozprzestrzeniania informacji o dziele – marketing szeptany. Nie mając funduszy na rozdmuchane kampanie marketingowe twórcy spoza głównego nurtu muszą polegać na użytkownikach, którzy zapoznają się z ich dziełem oraz polecą je innym. A zamknięcie MegaUpload zlikwidowało jeden z popularniejszych i wygodniejszych kanałów, które pozwalały uczestniczyć w obiegu kultury.

Czas skończyć z magelomanią

Dlatego nie wierzę, że wyniki badań mogą wpłynąć na gigantów rynku amerykańskiego. Chociaż w dłuższym terminie na pewno stracą na odcinaniu ludzi od dostępu do kultury, to przez najbliższe lata likwidowanie potencjalnych pozasystemowych pretendentów do tytułu króla Hollywood może być dla nich najbardziej opłacalną strategią. W końcu blockbustery to nie produkcje oparte o aktywną grupę zaangażowanych fanów, a wielkie przedsięwzięcia marketingowe, które rządzą się własnymi prawami, na które zniżki na bilety dostaje się przy zakupie dużego zestawu w fast-foodzie w ramach potężnych kampanii.

Zaniepokojeni powinni być jednak twórcy filmów w Polsce. Chociaż ich dzieła mogą być perełkami kinematografii, to zawsze pozostaną produkcjami małymi, często wręcz mikro. To oni jako pierwsi padną ofiarą zaostrzania prawa autorskiego. Nie pomaga im fakt, że w Polsce zainteresowanie kulturą jest bardzo niskie. W obliczu tych dwóch zjawisk i opisywanych badań powinni oni walczyć o swobodne rozprzestrzenianie się kultury, a nie o jej zawężanie do grupy bogatych (co postuluje Hirek Wrona i Legalna Kultura). W ten sposób kina na pewno nigdy nie zarobią. Kwestia jest tym ważniejsza, że polska kinematografia żyje za publiczne pieniądze, jesteśmy więc pozbawiani dostępu do dóbr, za które i tak już zapłaciliśmy

Zakładnicy własnych błędów

Jakie są perspektywy na przyszłość? Jeśli nie dojdzie do szybkiego otrzeźwienia i zmiany sposobu myślenia – marne. Jeśli cytowane badania okażą się prawdziwe dla naszego podwórka, to możemy spodziewać się powolnego spadku dochodów polskiej kinematografii na skutek jej własnych działań. Fakt ten może zostać jednak błędnie zinterpretowany – oskarżenia padną prawdopodobnie wobec „piratów”, co może doprowadzić do dalszego zacieśniania prawa autorskiego i dalszego spadku dochodów polskiego przemysłu rozrywkowego. Jeśli nikt nie przerwie trwających obecnie procesów może się okazać, że za kilka-kilkanaście lat, po całkowitym upadku polskiej kultury, będzie można podawać przypadek naszego kraju jako definicję hasła „samospełniająca się przepowiednia”. Bo zlikwidowanie nieformalnego obiegu treści (czyli „zwycięstwo nad piractwem”) jest równocześnie zlikwidowaniem jedynej grupy społecznej, która jest w stanie utrzymać polską kulturę.

fot. 1 phill.dCC BY-NC-ND

fot. 2 Doug Sparks, CC BY-NC-ND