Instytut Książki oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiły w zeszłym tygodniu utworzenie nowej licencji służącej licencjonowaniu zasobów publicznych – nazwanej Otwartą Licencją Edukacyjną (OLE). Wedle założeń licencja ta “jest odpowiedzią na postulat szerokiego i bezpłatnego udostępnienia w formie elektronicznej ważnych dzieł literackich”.

Błędna terminologia, działania wbrew standardom

Licencja OLE natychmiast spotkała się z krytyką organizacji promujących w Polsce otwartość – do dzisiaj swoje stanowiska opublikowały Fundacja Nowoczesna Polska, Koalicja Otwartej Edukacji oraz Centrum Cyfrowe. Wszystkie opinie zgodnie stwierdzają, że OLE nie spełnia wymogów stawianych licencjom otwartym, mylące jest też nawiązanie w nazwie do idei otwartej edukacji – tym bardziej w sytuacji gdy Ministerstwo Edukacji Narodowej w ramach programu „Cyfrowa szkoła” wypracowało mocny standard otwartości dla zasobów edukacyjnych.

Do listy powodów, dla których licencjonowanie lektur szkolnych z pomocą OLE jest błędem (polecam zapoznanie się z powyższymi stanowiskami) można dodać jeszcze jeden – związany z relacją formalnych i nieformalnych obiegów kultury. Lubię powtarzać zdanie wypowiedziane przez mec. Marka Staszewskiego ze ZPAV-u, który lata temu stwierdził, że „Legalne opcje redukują piractwo”. Takie jest jedno z założeń przyświecających idei otwierania w Sieci zasobów publicznych: mogą one stanowić treści atrakcyjne, wysokiej jakości, a do tego legalne.

OLE nie ma czym konkurować z nieautoryzowanymi kopiami

Jednak aby to miało sens, zasoby oficjalne muszą być w stanie konkurować ze źródłami autoryzowanymi. W przypadku takich zasobów jak lektury są oczywiste powody, dla których preferowane są źródła autoryzowane, gwarantujące np. jakość i wiarygodność treści. Jednak oficjalne źródła nie będą konkurować z nieautoryzowanymi jeśli nie zagwarantują użytkownikom praw wykraczających poza dozwolony użytek. Bowiem wtedy z perspektywy użytkowników niczym się nie różnią od wersji nieautoryzowanych. A te drugie zresztą często łatwiej znaleźć w Sieci, bowiem są kopiowane i krążą bez zważania na prawo. Aby dać taką samą szansę treściom udostępnianym zgodnie z prawem, należy je odpowiednio wyposażyć: w prawne swobody użytkowników.

Na tym polega siła wolnego licencjonowania – z jego pomocą udostępniony zasób staje się zasobem żywym, dostępnym do powszechnego wykorzystania. Ważnym sposobem korzystania jest przy tym wykorzystanie komercyjne – atrakcyjne treści „żyją” w dużęj mierze także w takich obiegach, nie można więc ograniczać komercyjnego wykorzystania zasobów publicznych. Chodzi więc o to, by nie tylko udostępnić określoną treść w Sieci – ale by uczynić z niego zasób publicznie dostępny, także do dalszego wykorzystania. Tylko wtedy państwo będzie faktycznie realizować tak bliską wielu instytucjom misję walki z piractwem.

Ważna jest dostępność i wygoda

Powody są też prozaiczne i związane z zapewnieniem trwałej i przystępnej obecności treści w Sieci. Podam przykład: chciałem właśnie napisać, że bez wolnego licencjonowania nie będzie możliwe przekonwertowanie udostępnionych w Cyfrowej Bibliotece Narodowej Polona tekstów Janusza Korczaka do innych, przydatnych formatów. Postanowiłem sprawdzić jednak najpierw, czy przypadkiem Polona sama nie oferuje tekstów np. w wersjach na czytniki i urządzenia mobilne (choć zakładam, że nie). Ale w chwili, gdy piszę ten tekst serwis Polona nie działa. Gdyby był to zasób publiczny, zapewne już istniałyby jego legalne kopie – w różnych przydatnych formatach. To niby drobiazg, ale jakże istotny.

fot: Hugo80, CC BY