W genialnym felietonie Cory Doctorow na łamach Guardiana wyraża swoje zaniepokojenie obecnym stanem walki o reformę prawa autorskiego. Zwraca uwagę, że uczestnicy debaty nie odnoszą się do sedna problemu i rozmawiają nie na temat, ponieważ

(…) prawie każdy, kto zajmuje się szukaniem rozwiązania dla wojen dookoła prawa autorskiego przejmuje się dochodem artystów. Ale ja obawiam się o zdrowie internetu.

Bloger wielokrotnie podkreśla, że internet to coś więcej niż platforma dostępu do treści produkowanych przez przemysł rozrywkowy i skupianie się tylko na tej kwestii może doprowadzić do opłakanych w skutkach decyzji. Twórcy żyjący z tworzenia to tylko ułamek wszystkich twórców, którzy z kolei są tylko ułamkiem wszystkich użytkowników internetu.

Prawie nikomu nie udało się utrzymać się ze sztuki, a znaczna część tych, którzy próbowali utopiła pieniądze w próbach. Nie ma to nic wspólnego z internetem – sztuka to po prostu fatalny biznes, gdzie większość dochodu przypada na statystycznie nieznaczący ułamek uczestników rynku.

Coraz więcej dziedzin życia opiera się o sieć – dzięki niej zapisuje się dzieci do przedszkola, rozlicza podatki, planuje wakacje, uzyskuje zgodę na postawienie szopy na działce, zdobywa nowe kwalifikacje czy zgłasza nadużycia władzy, a dzięki temu uczestniczy w życiu społecznym. Żadna z tych rzeczy nie dotyczy przemysłu rozrywkowego, ale żadna z nich nie jest brana pod uwagę, kiedy w imię walki z piractwem decyduje się o tym, co obywatele mogą robić w internecie.

Tymczasem sądy w kolejnych krajach poprzez blokowanie stron, na których mogą znaleźć się materiały naruszające czyjeś prawa pozwalają przemysłowi rozrywkowemu decydować o tym, do jakich treści mogą mieć dostęp użytkownicy. Coraz częściej mówi się również o odcinaniu całym rodzinom dostępu do sieci tylko dlatego, że ktoś naruszył prawa firmy zza oceanu. Doctorow porównuje te praktyki do sytuacji, w której producent filtrów odcinałby dostęp domu do wody, gdyby uznał, że ktoś w nieprawidłowy sposób korzysta z jego urządzeń. I jest to bardzo celne spostrzeżenie – decydowanie o tym, czy obywatel może uczestniczyć w różnorodnych aspektach życia społecznego w oparciu o wolę posiadacza praw autorskich jest nie tylko szkodliwe społecznie, to po prostu absurd.

Doctorow podsumowuje swój felieton cytatem z książki Roberta A. Heinleina z 1939 roku:

W umysłach pewnych grup w tym kraju urosła myśl, że skoro człowiek lub korporacja czerpała zyski ze społeczeństwa przez szereg lat, to rząd oraz sądy mają obowiązek gwarantowania tych zysków na przyszłość, nawet wbrew interesowi społecznemu i w obliczu zmieniających się okoliczności. Ale tej dziwnej doktryny nie wspiera ani prawo stanowione ani zwyczajowe. Żaden człowiek i żadna korporacja nie mają prawa przyjść do sądu i prosić o zatrzymanie czasu albo cofnięcie zegara.

Zachęcamy do przeczytania całego felietonu: Guardian

fot. Cory Doctorow, CalEvans, CC BY-SA