Już za tydzień amerykański Sąd Najwyższy przyjrzy się sprawie Kirtsaeng v. John Wiley & Sons. Pisaliśmy o niej wspominając o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą dla osób próbujących odsprzedać własne dobra. Ale wyrok sądu może oznaczać śmierć bibliotek, muzeów i galerii.

Cały problem zaczął się, kiedy Supap Kirtsaeng, emigrant z Tajlandii, przyjechał do Stanów Zjednoczonych studiować na Uniwersytecie Cornell w 1997 roku. Zauważył, że podręczniki wydawane przez firmę John Wiley & Sons mają niższą cenę w jego rodzinnych stronach, w związku z tym zaczął sprowadzać je przy pomocy rodziny i sprzedawać w Stanach przez portal aukcyjny. W momencie, w którym otrzymał pozew udało mu się sprzedać książki za 1.2 miliona dolarów.

Pozew o milion dolarów może zniszczyć ideę swobodnego handlu

Pozew wydawnictwa podważa słuszność zasady „pierwszej sprzedaży” wobec towarów produkowanych poza Stanami Zjednoczonymi. Pierwsza sprzedaż to doktryna, która mówi, że posiadacz praw autorskich traci kontrolę nad sprzedanym egzemplarzem produktu – osoba kupująca może dysponować nim dowolnie (sprzedawać, pożyczać, modyfikować itp.) bez konieczności pytania o zgodę. Wydaje się to być jednym z najbardziej oczywistych praw, część z nas na pewno dziwi się, że ktoś w ogóle mógł wpaść na pomysł kwestionowania naszego prawa do decydowania o własności. Ale stało się, a konflikt o milion dolarów może doprowadzić do sparaliżowania 100 000 bibliotek  oraz muzeów, galerii i innych instytucji kultury.

Dlaczego? Dwie instancje sądowe uznały już, że doktryna pierwszej sprzedaży nie dotyczy towarów importowanych, ich charakter nie ma żadnego znaczenia. W dużym skrócie oznacza to, że amerykańskie muzeum, które kupiło eksponat stworzony np. w Niemczech będzie musiało konsultować każdą próbę wykorzystania go z posiadaczem praw autorskich. Wiąże się z tym wiele etapów utrudnień. Przede wszystkim – zidentyfikowanie posiadacza praw jest kosztowne, a często niemożliwe – prawdopodobnie powstanie nowa kategoria dzieł osieroconych, a część powierzchni będzie trzeba zamienić z wystawienniczej na zamknięte dla publiczności magazyny.

Kolejnym problemem będzie utrata kontroli kuratorskiej – posiadacz praw będzie mógł decydować o tym, w jaki sposób egzemplarz jego dzieła ma być prezentowany. Wliczamy w to tematykę wystawy, ale również takie kwestie, jak miejsce ekspozycji, a nawet sposób oświetlenia. W przypadku ekstremalnym – może dojść do zakazu wystawiania dzieła.

Opłaty to osobne zagadnienie. Posiadacz praw autorskich będzie mógł domagać się pieniędzy za prezentowanie egzemplarza dzieła, nawet jeśli został on legalnie kupiony i należy już do innego podmiotu. Problematyczne będzie również dalsze zarządzanie dziełem – każde wypożyczenie, czy próba sprzedaży dzieła będzie wiązała się z koniecznością uzyskania zgody oraz – jak uczy doświadczenie – podzielenia się uzyskanymi pieniędzmi.

Wszystko to składa się na faktyczne uniemożliwienie swobodnego działania tym, których misją jest rozprzestrzenianie kultury i twórczości – również bibliotekom. I nie chodzi tylko o problemy z udostępnianiem dzieł w innych językach sprowadzonych zza granicy – egzemplarze wydrukowane poza USA np. w celu obniżenia kosztów będą traktowane jako niepodlegające zasadom pierwszej sprzedaży. I chociaż wydawcy zapewniają, że nie będą ścigali bibliotek w związku z nową interpretacją, to te nie zamierzają ryzykować. Jako instytucje nie mogą sobie pozwolić na naruszanie prawa i potencjalne pozwy – jakkolwiek mało prawdopodobne.

Należy pamiętać, że cały czas mówimy o dysponowaniu własnością, fizycznym egzemplarzem – nie o kopiowaniu. W ekstremalnym przypadku oznacza to, że podczas przeprowadzki będziemy musieli prosić posiadacza praw autorskich o zgodę na odsprzedanie kanapy, jeśli tylko ta została wyprodukowana za granicą.

Zapłacą wszyscy

Można zadać sobie pytanie: w jaki sposób dotyka to Europy, a w szczególności Polski? Jeśli amerykański Sąd Najwyższy podejmie złą decyzję najwcześniej odczuwanym efektem będzie zmniejszenie zainteresowania amerykańskich instytucji dziełami zagranicznymi. Ale konsekwencje mogą być o wiele poważniejsze: należy pamiętać, że USA są obecnie największym eksporterem ostrzejszego prawa autorskiego (czego doskonałym przykładem była próba wprowadzenia ACTA) i to normy amerykańskie stanową wzór dla świata. Praktyka pokazuje, że szkodliwe nowinki prawne zza Atlantyku szybko przenikają do prawodawstwa i orzecznictwa w innych krajach. 29 października dowiemy się, czy interes kilku małych podmiotów gospodarczych stworzył nieprzekraczalne granice dla sztuki i kultury.

źródło: clancco

fot. Fabrizio Morroia, CC BY