Didżeje, hip-hop, samplowanie i wszystko inne, co wiąże się z remiksem istnieje w nieregulowanej i dynamicznie rozwijającej się szarej strefie, bardzo często poza systemem prawa autorskiego, ale sukces „Harlem Shake” może sprawić, że sytuacja ta ulegnie zmianie i scena zostanie zduszona.

Zdanie takie prezentuje Dorian Lynskey w artykule „Harlem Shake: could it kill sampling?” opublikowanym na łamach „Guardiana”. Autor zwraca uwagę, że taka sytuacja jest realnym zagrożeniem. Przypadkowy sukces „Harlem Shake” przyniósł jego autorowi, Baauerowi, ogromną sławę i pieniądze, ale również kłopoty natury prawnej – zgłosili się do niego twórcy, których słów użył w swoim hicie. Hector Delgado odpowiedzialny jest za słowa „Con los terroristas”, a MC Jayson Musson za „Do the Harlem Shake”. Obaj zażądali części zysków z wiralowej piosenki.

Autor artykułu zwraca uwagę, że obecna sytuacja podoba jest do tej z lat ’80. Nowa technologia pozwalała wtedy na nowe sposoby obcowania z kulturą i korzystania z niej prowadząc do wytworzenia całego nurtu dookoła idei remiksu. Ale wyrok z 1991 roku zmienił tę sytuację i ostudził rozwój sceny po zasądzeniu ogromnych odszkodowań na rzecz twórców, których muzyka została użyta w innych utworach. Lynskey obawia się, że na skutek głośnej afery dookoła „Harlem Shake” możemy być na progu podobnych zmian.

Zwraca również uwagę, że problem prawa autorskiego nie wychodzi na wierzch się dopóki przy danej produkcji nie pojawią się pieniądze. Przywołuje przypadek soulowego piosenkarza Syla Johnsona, który chwalił się, że na dom nie zarobił na skutek własnej działalności, a z opłat licencyjnych od Wu-Tang Clanu, który korzystał z jego sampli. Analogiczna sytuacja ma miejsce obecnie –  twórcy wracają na scenę dzięki remiksowi swoich dzieł domagając się opłat od tych, którym udało się zarobić jakieś pieniądze.

Przeczytaj cały artykuł na stronie Guardiana.

Czy kontrola powstawania dzieł zależnych ma sens?

Przy okazji dyskusji o „Harlem Shake” warto zastanowić się czy kontrola powstawania dzieł zależnych ma w ogóle sens. Niedawno pisaliśmy o badaniach, które pokazują, że nie ma ona żadnej wartości ekonomicznej i społecznej. Ale można zadać sobie również inne pytanie: w jakim zakresie autor, któremu nie udało się zamienić swojego dzieła w hit ma prawo ingerować w proces twórczy tego, który miał pomysł na to jak stworzyć popularne dobro kultury? Ani Delgado, ani MC Jayson Musson nie stworzyli utworów równie popularnych jak „Harlem Shake”, wykorzystano wyłącznie pojedyncze słowa z ich piosenek, jednak prawo daje im teoretyczną możliwość zablokowania dalszego rozpowszechniania cudzego utworu.

Obecny system kontroli powstawania dzieł zależnych znacząco ogranicza wolność twórców oraz zmniejsza ilość powstających utworów na skutek skomplikowanego i kosztownego procesu pozyskiwania licencji. Dorian Lynksey zwraca uwagę, że już przynajmniej raz doprowadziło to do zdławienia twórczości w głównym nurcie, zagrożenie pozostaje aktualne teraz, kiedy narzędzia służące remiksowaniu dostępne są już każdemu użytkownikowi komputera albo dowolnego urządzenia mobilnego.

fot: Baauer, autor: -leah gair photography, CC BY