W ostatnim „Przekroju” ciekawy tekst o Michale Liberze i Michale Mendyku, prowadzących wytwórnię muzyczną Bôłt (tutaj, dostęp płatny). Wytwórnia działa w obszarze całkowicie niszowym choć jednocześnie prestiżowym:  wydaje muzykę eksperymentalną i współczesną. Bołt wsławił się przede wszystkim wydaniami muzyki z archiwum Studio Eksperymentalnego Polskiego Radia.

Zaciekawił mnie wątek dystrybucji ich produkcji (pojawiający się w tekście oczywiście jako kwestia poboczna). Tekst zaczyna się od słów Mendyka: „Chciałbym, żeby te nagrania były na tyle dostępne, na ile to możliwe. Teoretycznie mógłbym rozdawać płyty na ulicy. Niestety, kiedy ludzie dostają coś z adarmo, wyrzucają to”. Z kolei na samym końcu dowiadujemy się, że „Szczęśliwie prawa runku nie determinują działań Bôłta. Jego płyty zyskały dofinansowanie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ten medal ma dwie strony. Z jednej strony pozwala zachować sporą autonomię w działaniach, nie trzeba bowiem robić płyt, które się sprzedadzą, wystarczy, że są wartościowe. Z drugiej – jest się ograniczonym koniecznością rzodysponowania całego dofinansowania wyłącznie na przygotowanie albumów”.

Oczywiście więc naszła mnie myśl, czy Bôłt ma optymalny model „zarządzania własnością intelektualną”? Szczególnie jeśli są finansowani (trudno powiedzieć w jakim stopniu, zakładam że w dużym), ze środków publicznych.

Dodam od razu, że mam przede wszystkim szacunek dla Libery i Mendyka, że stworzyli model, w którym taka unikalna muzyka jest wydawana. Po drugie, że krótki tekst to marna podstawa do dywagacji – model działania Bôłta, tak jak innych, konkretnych projektów, zasługuje na solidną analizę.

Ale mam kłopot ze stwierdzeniem o marności rozdawania za darmo. Szukając dowodów na to, że dystrybucja darmowa z perspektywy użytkownika ma jak najbardziej sens, wystarczy zajrzeć do ulubionego serwisu peer-to-peer. Użytkownicy rzeczywiście wyrzucają najpewniej większość ściąganych treści (do kosza na pulpitach ich komputerów) – pamiętam jak analizując dane z „Obiegów kultury” zdziwiliśmy się, że internauci najwyraźniej nie tworzą przepastnych kolekcji plików, raczej ściągają i korzystają na bieżąco, lub w ogóle w streamingu. Ale w międzyczasie skutecznie z treści korzystają. Myślę, że istotniejsza dla niszowych produkcji jest różnica między wydawnictwem na fizycznym nośniku a plikiem – ten pierwszy rzeczywiście ma wartość (wynikającą z możliwości fizycznego nośnika), której nie ma plik. A płyt w eleganckich opakowaniach rzeczywiście nie da się rozdawać za darmo.

No i skoro, „nie trzeba robić płyt, które się sprzedadzą”, to dlaczego nie udostępnić ich poza rynkiem – za darmo w Sieci? Treści te zapewne i tak lądują w internecie, a skoro nie ma problemu konkurowania ze sprzedażą rynkową, to można obieg nieformalny uruchomić samodzielnie, i legalnie.

Zakładam, że sytuacja jest bardziej skomplikowana, i zapewne Bôłt jakieś wydatki musi odzyskać ze sprzedaży rynkowej. Ale niemniej trzymanie się tradycyjnego modelu sprzedaży wydaje mi się dla Bôłta nieoptymalnym rozwiązaniem. W tej kwestii Bôłt mógłby pewnie skorzystać z doświadczeń netlabeli. Bo jest coś zaskakującego w wydawnictwie wydającym awangardową muzykę z pomocą zupełnie tradycyjnych modeli dystrybucji.

O innym przykładzie niszowej dystrybucji – i jego perypetiach z piractwem – napisałem właśnie w Dwutygodniku: „Zrównoważona polityka antypiracka„.