Na początku grudnia w sieci wystartowała partyzancka akcja społeczna, która miała zwrócić uwagę na problem gwałtu oraz sprzeciwić się uprzedmiotowianiu kobiet PINK loves CONSENT. Tworząc fikcyjną nową kolekcję młodzieżowej linii bielizny Victoria’s Secret grupa FORCE: upsetting rape culture postanowiła zamienić tradycyjnie występujące na niej hasła „Unwrap me” czy „Sure thing” na „respect” oraz „no means no”.

Akcja uzyskała wiralowy rozgłos i była jednym z głównych tematów, o których dyskutowano w trakcie pokazu nowej kolekcji marki. Ale sprawa ma też ciemną stronę – inicjatywa została bardzo szybko wymazana z internetu. Przedstawiciele Victoria’s Secret wysłali pismo do serwisu hostingowego, na którym znajdowała się strona domagając się usunięcia jej oraz twierdząc, że narusza się znaki towarowe oraz prawa autorskie firmy. Zostało również zawieszone konto na Twitterze, a dostęp do fanpejdża na Facebooku został ograniczony. Oczywiście – w internecie nic nie ginie i akcja szybko wróciła do życia, ale czas, w którym była ona niedostępna poważnie przeszkodził w rozprzestrzenianiu idei i zmniejszył ilość zainteresowanych.

Komentarz

Usunięcie strony z internetu oraz ograniczenia zasięgu akcji pokazuje, że prawo autorskie w obecnym kształcie może zostać użyte do ograniczania wolności wypowiedzi. Szokuje to tym bardziej, że uderzono w kampanię walczącą z przemocą (zarówno fizyczną jak i symboliczną) wobec kobiet. Victoria’s Secret była w stanie usunąć stronę z internetu kontaktując się z pośrednikami i powołując się na monopole intelektualne, które posiada – wszystko odbyło się automatycznie i bez próby podjęcia rozmów z osobami odpowiedzialnymi za stronę. Firma nie wystosowała również żadnego stanowiska w tej sprawie.

Automatyzacja procesów zwalczania naruszeń prawa autorskiego stanowi bardzo duże zagrożenie dla wolności wypowiedzi w internecie oraz praw człowieka, już 16 słów może wystarczyć, żeby zgłosić naruszenie prawa autorskiego i usunąć z internetu wypowiedzi osoby, z którą się nie zgadzamy. Stosowanie procedur, które pozwalają na ograniczenie dostępu do treści bez sztywnych ograniczeń oraz bez procedury apelacyjnej stanowi naruszenie praw człowieka. Niestety możliwości kontrolowania tego typu nadużyć są bardzo ograniczone, kiedy wszystko odbywa się poza kontrolą sądów – pomiędzy prywatnymi firmami, które często obawiając się możliwych konsekwencji rezygnują zupełnie z dbania o prawa użytkowników i po prostu pozbywają się problemów. To tzw. chilling effect.

Próby tworzenia nowych, łatwych w użyciu dla posiadaczy praw mechanizmów stanowią coraz większe zagrożenia dla użytkowników internetu oraz dla praw człowieka. Należy zastanowić się, czy zamiast tego nie powinno się zreformować zasad ochrony monopoli intelektualnych w taki sposób, żeby przede wszystkim szanowały prawa człowieka, a dopiero później prawa posiadaczy monopoli. W końcu prawo autorskie powstało, aby służyć interesowi publicznemu.

fot. prawa autorskie: pinklovesconsent

źródło: EFF