MAC wycofał się z pomysłu zniesienia odpowiedzialności operatorów wyszukiwarek za pokazywanie w wynikach wyszukiwania stron zawierających nielegalnie rozpowszechnione treści. Na skutek protestu MKiDN oraz kilkuset twórców zrezygnowano z artykułu 12a ustawy o Świadczeniu Usług Drogą Elektroniczną, który zwalniałby właścicieli wyszukiwarki od odpowiedzialności za wyświetlane treści. Oznacza to, że w polskim prawie dalej pozostaje ogromna luka oraz niepewność dla przedsiębiorców, którzy chcą korzystać z nowych technologii.

W uzasadnieniu protestu przeciwko zmianie stwierdzono, że proponowane rozwiązanie sprawiłoby, że polskie przedsiębiorstwa stałyby się niekonkurencyjne wobec wielkich zagranicznych graczy, a Polska – rajem dla piratów. Stanie się jednak zupełnie na odwrót – polskie prawo pozostanie niejasne dla lokalnych przedsiębiorców oraz może powodować tzw. efekt schłodzenia – obawiając się o możliwe konsekwencje prawne nie będzie podejmowało się legalnych i produktywnych działań. Równocześnie nic nie powstrzyma firm zagranicznych (albo rejestrowanych za granicą polskich firm) przed zdobyciem polskiego rynku. W USA wyszukiwarki działają w oparciu o ustawę DMCA, która – chociaż jest szeroko krytykowana – zapewnia w miarę jasne reguły dotyczące odpowiedzialności pośredników. Polskie prawo niezależnie od swojego kształtu nie będzie dotyczyć tych, którzy postanowili prowadzić biznes tam, gdzie mają ku temu jasne warunki.

Igor Ostrowski, były wiceminister MAiC, uważa, że polskie prawodawstwo powinno iść w stronę modelu zachodniego, gdzie wyraźnie rozgranicza się odpowiedzialność poszczególnych podmiotów, aby stworzyć jasne ramy działania dla obywateli i przedsiębiorców. Wykreślenie art. 12a oddala nas od tego typu rozwiązań. Mec. ostrowski uważa również, że nakładanie odpowiedzialności prawnej na wyszukiwarki jest podobne do sytuacji, w której za treść dostarczanych listów odpowiada listonosz.

Zapoznaj się z komentarzem na stronie Panoptykonu oraz na Prawie Kultury.

Komentarz

Brak jasnych przepisów stanowi ogromną barierę rozwoju dla rynku elektronicznego. To fakt, którego nikt nie podważy. Ale ma to poważny wpływ również na inne dziedziny życia. Przykład Szwecji oraz tamtejszej Partii Piratów pokazuje jak dużym zagrożeniem dla funkcjonowania życia cyfrowego społeczeństwa może być brak jasnych regulacji określających odpowiedzialność poszczególnych podmiotów.

Wszyscy przyzwyczaili się już do walki przemysłu praw autorskich z The Pirate Bay – chociaż strona sama w sobie nie przechowuje żadnych plików (nawet nie zamieszcza plików .torrent pozwalających na ściągnięcie właściwych utworów, służy wyłącznie tzw. magnetami), to jest nieustannie obiektem ataku. Nowością jest groźba pozwu wobec szwedzkiej Partii Piratów, która utrzymywała serwis na swoich serwerach. Absurdem jest jednak kolejny krok, który podejmuje organizacja „Rights Alliance” – grozi ona pozwami firmie, która wynajmuje serwery Partii Piratów.

Gdyby sytuację tę porównać do przykładu listonosza, na który powołał się mec. Ostrowski, to mielibyśmy do czynienia z sytuacją, w której za treść listów pozywa się nawet nie listonosza, a producenta jego torby, butów albo restaurację, w której jada.

Warto również wspomnieć o konsekwencjach innego typu – możliwość dotarcia do informacji bezwzględnie stanowi jedno z praw człowieka. Należy zastanowić się czy chcemy, aby interesy bardzo wąskiej grupy posiadaczy praw dyktowały jakie informacje w sieci może znaleźć obywatel. Przykład niemieckiej organizacji zbiorowego zarządzania GEMA pokazuje, że jest ona w stanie zablokować dostęp do informacji tylko dlatego, że w tle filmu dokumentującego jakieś zdarzenie można usłyszeć samochodowe radio. Oznacza to, że z wyników wyszukiwania będzie można usunąć praktycznie wszystko – w końcu zawsze gdzieś w tle zapląta się jakiś utwór muzyczny, film czy dzieło plastyczne. Cenzurowanie (lub autocenzura na skutek niejasności prawa) wyników wyszukiwania może mieć bardzo poważne negatywne konsekwencje dla demokracji i wolności wypowiedzi.

Konsekwencje te doskonale pokazuje przykład Szwecji – legalnie działająca partia polityczna boryka się z poważnymi problemami na skutek działania organizacji dbającej o interesy przemysłu rozrywkowego w innym państwie. Chociaż to użytkownicy The Pirate Bay na całym świecie są jedynymi, którzy mogą naruszać prawa autorskie, to problemy dotknęły niezaangażowaną w ten proceder partię oraz firmy, które świadczą jej usługi.