Spalenie Biblioteki Aleksandryjskiej w 391 roku, Ambrose Dudley, domena publiczna

W „Legalnej kulturze” kolejny szokujący wywiad – tym razem z Manuelą Gretkowską. Prowadzący dla LK wywiady dziennikarze mają zdolność do zadawania dziwacznych pytań, dotychczas najlepsze z nich brzmiało: „Co sądzisz o legalizacji kultury„?

W wywiadzie z Gretkowską Tomasz Kin, po serii pytań ogólno-kulturalnych i tuż po pytaniu o chodzenie do filharmonii nagle stwierdza

Chciałbym pomówić o legalności kultury.

A Gretkowska na to:

Państwo jest złodziejem. Nie rozumiem dlaczego jestem przez państwo codziennie okradana. Nie jestem muzykiem. Jednak wyobraź sobie, że utwór jakiegoś kompozytora gra się za  darmo na każdym rogu. Byłaby wielka afera. Nawet za puszczanie piosenek u dentysty trzeba płacić ZAIKS. Moje książki są w bibliotece i nie mam z tego ani grosza.

Zdarzało mi się już wcześniej nie raz myśleć, że tak silny, dominujący dyskurs publiczny traktujący dzieła kultury jako towar musi z czasem napiętnować wszelkie formy obiegu nierynkowego. Ale mimo wszystko zdziwiłem się, gdy to wreszcie nastąpiło. Ideałem dla Gretkowskiej są jak sądzę te sklepy internetowe z kulturą, w których nie istnieje wymiana darmowa – jest tylko opcja zarekomendowania innym kupna z własnego konta.

A Tomasz Kin nawet nie mruga ze zdziwienia, nie oponuje.

To dla mnie dzwonek alarmowy. I moment, w którym biblioteki i pracujący w nich bibliotekarze (ale też organizacje takie jak FRSI) muszą obudzić się z lekkiego letargu, w którym się znajdują i zrozumieć, że powinni zabrać głos w toczącej się debacie o regulacji obiegów kultury – głos na rzecz interesu publicznego. Bowiem doświadczenia ostatniego roku pokazały, że resort kultury – przynajmniej gdy zajmuje się regulacją systemu własności intelektualnej – nie myśli w tych kategoriach i deklaruje raczej jako priorytet dbanie o interesy twórców. Jest niedopuszczalne, by biblioteki – działające w ramach zasad dozwolonego użytku na mocy wypracowanego kompromisu społecznego – były piętnowane jako instytucje złodziejskie.

Gretkowska nawiązuje oczywiście do kwestii Public Lending Right, zasady wprowadzającej opłaty za wypożyczenia, którą w Europie wprowadziła dyrektywa w sprawie najmu i użyczenia z 1992 roku. Jednak eksperci nie są zgodni co do tego, czy w Polsce na mocy dyrektywy trzeba wprowadzić opłaty za wypożyczenia z bibliotek publicznych. Ta dyskusja jest potrzebna, ale nie można jej zaczynać od argumentu kradzieży. Zaraz okaże się bowiem, że kradzieżą jest każda forma nierynkowego obiegu treści. Gretkowska mogłaby właściwie powiedzieć, że czuje się okradana przez ludzi pożyczających jej książki swoim bliskim.

Jestem też zdziwiony postawą Fundacji Legalna Kultura, która publikuje taki wywiad bez komentarza. Równocześnie w dziale „legalne źródła” promują zasoby np. Biblioteki Narodowej.

Narzuca się oczywiście pytanie, czy Gretkowska sama korzysta z biblioteki i okrada innych twórców? Ta wypowiedź to jeden z przejawów rysującej się tendencji (która, mam nadzieję, nie okaże się trwała) do podważania idei dozwolonego użytku. Niedawno ZAiKS zorganizował debatę na ten temat pod hasłem „legalne piratowanie”. Można to interpretować pozytywnie – jako mrugnięcie do „piratujących” osób, że podobne czynności mogą w określonych warunkach robić legalnie. Ale można również czytać negatywnie, jako sugestię, że aktywność użytkowników w ramach dozwolonego użytku to często nic więcej jak zalegalizowane „piratowanie”, coś złego.

Wydaje mi się, że biblioteki w tej sytuacji powinny po prostu pozbyć się książek Gretkowskiej, i odesłać je do autorki. A Gretkowskiej ktoś powinien wytłumaczyć, że troszcząc się (słusznie) o swoje wynagrodzenie jako twórcy powinna w pierwszej kolejności zająć się kwestią opłat reprograficznych, nie wypłacanych twórcom przez organizacji zbiorowego zarządu.