Poniższy artykuł stanowi tłumaczenie rozdziału z książki „The Case for Copyright Reform” napisanej przez Christiana Engström’a i Ricka Falkvinge. Artykuł ten w prosty sposób tłumaczy, dlaczego korzystanie z argumentu obrony własności nie ma żadnych podstaw, kiedy mówimy o prawach autorskich. Używanie wyrażeń zarezerwowanych dla świata materialnego wobec cyfrowej rzeczywistości jest błędem, który uniemożliwia zrozumienie procesów, z którymi mamy do czynienia na co dzień. Uczestnicząc w nieformalnym obiegu treści nie kradniemy, a twórca (a tym bardziej pośrednik, na którego przeniesiono prawa) nie może mieć prawa do kontroli każdego odtworzenia swojego dzieła bez ogromnej ingerencji w naszą prywatność. Dzielenie się kulturą to nie to samo, co pożyczenie długopisu albo wynajem samochodu.

Christian Engström MEP, Rick Falkvinge, „The Case for Copyright Reform”, CC0

Prawo autorskie to nie własność

Monopol prawa autorskiego to pogwałcenie prawa własności

Koncepcja prawa własności jest starsza, niż historia. Prawdopodobnie tak stara, jak sama ludzkość.

Ale monopol praw autorskich to nie prawo własności rzeczowej. To jego ograniczenie. Prawa autorskie to zatwierdzony przez władzę prywatny monopol, który ogranicza to, co ludzie mogą robić z rzeczami, które legalnie zakupili.

Zbyt często słyszymy lobby praw autorskich, które mówi o złodziejstwie, o własności i o tym, że jest okradane za każdym razem, kiedy ktoś tworzy kopię. Jest to błąd rzeczowy. Wynika wyłącznie ze starannego doboru słów, który ma pokazać, że monopol prawa autorskiego to własność albo ma status porównywalny do własności.

To chwyty retoryczne, które mają ukazać wspomniane monopole jako sprawiedliwe. Złączyć termin „monopol praw autorskich” z pozytywnie nacechowanym słowem: „własność”. Jeśli jednak przyjrzymy się monopolowi, to w rzeczywistości zauważymy, że jest on ograniczeniem praw własności.

Dla przykładu porównajmy dwa przedmioty własności: krzesło oraz płytę DVD.

Kiedy kupuję krzesło płacę za nie pieniędzmi, za które otrzymuję paragon oraz wygodny przedmiot do siedzenia. Został on wyprodukowany w fabryce – jako kopia jakiegoś wzoru. Po tym, jak pieniądze zmieniły właściciela, krzesło stało się moje. Jest wiele takich samych, ale to konkretne należy do mnie. Kupiłem jedną z wielu identycznych kopii i potwierdza to paragon.

W związku z tym, że ten egzemplarz krzesła jest mój mogę zrobić z nim szereg rzeczy. Mogę rozebrać je na części, żeby złożyć z nich coś nowego, co będę mógł sprzedać, dać w prezencie, wystawić w galerii albo wyrzucić. Mogę wystawić je na ganku i zbierać od sąsiadów opłatę za siedzenie na nim. Mogę zbadać jego budowę i na podstawie analizy wyprodukować z kupionych przeze mnie surowych materiałów nowe krzesła i zrobić z nimi co chcę, a zwłaszcza – sprzedać je.

Wszystko to zawiera się w zwykłej własności. Coś jest moje i mogę robić z tym, co tylko zechcę. Budować kopie, sprzedawać, wystawiać itd. Przy okazji – zakładam, że krzesło nie zostało objęte żadnymi patentami. Uznaję jednak, że krzesło zostało wynalezione wcześniej, niż 20 lat temu i wszelkie patenty na nie wygasły i nie będą brane pod uwagę w tej dyskusji.

Ale przejdźmy dalej, żeby zobaczyć co stanie się, kiedy kupię film. Kupując płytę DVD płacę za nią pieniędzmi. Za które otrzymuję płytę oraz paragon. Została ona wyprodukowana w fabryce – jako kopia jakiegoś wzoru. Po tym, jak pieniądze zmieniły właściciela, krążek stał się mój. Jest wiele takich samych, ale ten konkretny należy do mnie. Kupiłem jedną z wielu identycznych kopii i potwierdza to paragon.

Ale pomimo tego, że ta kopia filmu jest moja jest szereg rzeczy, których nie mogę z nią zrobić, ponieważ zabrania mi tego monopol praw autorskich. Nie mogę użyć kawałków filmu aby złożyć z nich coś nowego, a następnie sprzedać to, dać komuś w prezencie albo zaprezentować w galerii. Nie mogę brać od sąsiadów pieniędzy, żeby oglądali go na ganku. Nie mogę zbadać jego budowy i tworzyć dalszych kopii. Wszystkie te prawa byłyby naturalne dla własności, ale monopol intelektualny jest poważnym ograniczeniem moich praw wobec legalnie kupionego egzemplarza.

Nie można powiedzieć, że z jednej perspektywy posiadam płytę, ale z innej już nie. Definicja własności jest jasna, a paragon mówi, że jestem właścicielem DVD, wszystkich jego interpretacji i aspektów. Każdy wypalony laserem rowek znaczący każdy bit jest mój. Ale monopol praw autorskich ogranicza mnie, kiedy chcę korzystać z mojej własności.

Nie znaczy to samo w sobie, że taki monopol jest zły. Oznacza to jednak, że nie może być broniony przy użyciu prawa własności. Jeśli chcesz o tę myśl oprzeć swoją argumentację to będziesz musiał uznać, że prawa autorskie są złe, ponieważ stanowią ograniczenia dla własności.

Obrona monopolu praw autorskich przy pomocy twierdzenia, że własność jest święta jest jak poparcie dla kary śmierci za zabójstwo przy pomocy argumentu, że życie jest święte. Można znaleźć inne sensowne pomysły stojące za tym, że monopole intelektualne oraz ograniczenie możliwości użytkowania własności są dobrymi rozwiązaniami. Ale brakuje logiki w ich obronie przy pomocy dyskursu własnościowego.

Ale czym są oraz skąd pochodzą prawa autorskie jeśli nie stanowią własności? I w jaki sposób zdobyły tak wysoką rangę we współczesnym społeczeństwie? Aby odpowiedzieć na te pytania rzucimy okiem na ich historię. Okazuje się, że jest ona inna niż ta, którą słyszymy od przemysłu praw autorskich.

tłum. Kuba Danecki, CC BY

fot. Anna Troberg, Free for any use