W przeciągu ostatnich kilku dni na Facebooku doszło do małej burzy z  ruchem squatterskim w tle, która ilustruje jakie problemy z regulowaniem codzienności ma prawo autorskie.

Na facebookowym fanpejdżu Nie znam się, to się wypowiem zamieszczone zostało zdjęcie jednego z organizatorów katowickiego squatu – Krzysztofa. Do zdjęcia dorobiony został napis, który sprowokował długą dyskusję w komentarzach pod zdjęciem. Sprawa prawdopodobnie pozostałaby poza polem zainteresowań bloga conasuwiera.centrumcyfrowe.pl, ale dalszy rozwój wypadków skłonił nas do głębszej analizy.

Typowa dla internetu sytuacja – tworzenie obrazka z komentarzem o charakterze memu – okazuje się być praktycznie nierozwiązywalna z punktu widzenia prawa. Dojście do sedna problemu i rozwiązanie go wymagałoby długotrwałego i skomplikowanego procesu sądowego.

Z Randallem, założycielem opisanego fanpejdża, skontaktował się przedstawiony na zdjęciu Krzysztof domagając się usunięcia zdjęcia ze strony. Argumentował swoją prośbę ochroną swojego wizerunku (ta kwestia nie będzie podlegała naszej analizie) oraz praw autorskich.

Osobiste prawa autorskie do zdjęcia posiada dziennikarka Michalina Bednarek, która zamieściła je piątego października 2011 roku na portalu mmsilesia, skąd zostało pobrane do nieautoryzowanych przeróbek. Spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, czy i kiedy doszło do naruszenia praw do fotografii.

Zgodnie z art. 16 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych twórca w ramach autorskich praw osobistych ma m.in. prawo do autorstwa i jego oznaczenia, nienaruszalności dzieła oraz kontroli powstawania dzieł zależnych. W wypadku opisywanej sprawy oznacza to, że Randall powinien był (to najważniejsze) oznaczyć autorkę fotografii oraz poprosić ją o zgodę na stworzenie nowego dzieła, czyli zdjęcia z podpisem.

W swojej wiadomości Krzysztof informuje, że jeśli przerobione zdjęcie nie zostanie usunięte, to Michalina, autorka, skorzysta z art. 78 wspomnianej ustawy i zażąda zaprzestania naruszania jej osobistych praw.

Na tym etapie sprawa wygląda dość jednoznacznie, niezaprzeczalnie doszło do złamania prawa. Ale charakter materiałów, z których skorzystał twórca strony Nie znam się, to się wypowiem oraz cel, który mu przyświecał komplikują sytuację.

Fotografia stanowiła część materiału prasowego, była zdjęciem reporterskim. Oznacza to, że zgodnie z art. 25 można ją rozpowszechniać w prasie, radiu i telewizji. Jednak definicja ta przegrywa z mediami elektronicznymi – w końcu portale internetowe, w tym Facebook, spełniają wszystkie te role, a próby określenia charakteru prasy mają długą i skomplikowaną historię, po prostu nie są w pełni uregulowane przez polskie prawo. Kolejnym faktem mogącym świadczyć na korzyść twórcy strony jest brzmienie art. 29. Można cytować drobne utwory w całości, jeśli spełniają one pewne warunki. Zgodnie z opinią wyrażoną w „Prawo autorskie i prawa pokrewne. Komentarz”[1]:

5. Odwołanie się w przepisie dotyczącym cytatu do praw gatunku twórczości oznacza, że posługiwanie się cytatem dozwolone jest w przypadku samodzielnej twórczości nawiązującej w sposób jednoznaczny do cudzego dzieła. Cytat jest więc szeroko stosowany w działalności parodystycznej, kabaretowej oraz karykaturze politycznej. Działalność ta bez wyraźnego nawiązania do cudzej twórczości byłaby bowiem zupełnie niemożliwa. Jednakże i tu zakres cytowania musi pozostawać w ścisłym związku z celem, jakiemu służy.

Budzący kontrowersje obrazek wydaje się spełniać funkcje parodystyczne, ale być może mógłby stanowić karykaturę polityczną.

Znowu – niemożliwe jest jednoznaczne rozstrzygnięcie. Tym bardziej, że Randall nie tylko cytował, ale dokonał zmian w dziele. J. Barta i R. Markiewicz w „Prawie autorskim”[2] cytują orzeczenie Sądu Najwyższego z 24 listopada 2004 roku, które mówi, że utwory powstające w ramach gatunków, jakimi są m.in. parodia czy pastisz są dozwolone bez zgody twórcy jeśli

na tyle zmieniały sens i sytuację przejmowanego utworu, by było wiadomo, że przedstawiają własne spojrzenie na problematykę zawartą w utworze inspirującym i nie są zwykłym naśladownictwem.

ale w swoim komentarzu do orzeczenia autorzy zaznaczają, że brane pod uwagę muszą być również „przyjęte zwyczaje”. Oznacza to tyle, że w każdym przypadku o wszystkim musi decydować sąd i niczego konkretnego o danej sytuacji nie można powiedzieć. Zwyczaje mają tendencję do różnienia się w czasie.

Z punktu widzenia prawa autorskiego niezaprzeczalny jest tylko jeden fakt – doszło do naruszenia praw osobistych autorki zdjęcia, ponieważ nie wskazano jej jako twórcy. Zgodnie z art. 78 mogłaby ona domagać się usunięcia treści, publicznych przeprosin, a w ostateczności finansowego zadośćuczynienia, chociaż jego przyznanie w związku z niekomercyjnym charakterem działalności jest bardzo wątpliwe. Oznaczenie autorstwa rozwiązałoby jedyny punkt całej sprawy, którego ocena nie podlega wątpliwości na korzyść Nie znam się, to się wypowiem.


Cała sytuacja pokazuje jak bardzo prawo autorskie odstaje od rzeczywistości, którą próbuje regulować. Typowe zachowanie internautów – remiks istniejących utworów – stanowi problem, który za każdym razem musi być rozwiązywany przez wymiar sprawiedliwości w długim procesie. Codziennie do sieci trafiają niezliczone ilości zmodyfikowanych zdjęć (żeby nie wspomnieć o filmach i plikach audio), w celu dzielenia się nimi powstają specjalne portale, zaliczające setki tysięcy wejść dziennie. Próba zastosowania prawa spowodowałaby natychmiastowy paraliż całego systemu sądowniczego. Paraliż wynikający nie tylko z fizycznego zapchania sądów milionami segregatorów i tysiącami skarżących i skarżonych przesiadujących na korytarzach, ale powstały na skutek ograniczonych kompetencji w zakresie oceny artystycznego charakteru twórczości. Studia prawnicze nieczęsto przygotowują do stwierdzenia, czy dane dzieło zostało splagiatowane, stanowiło inspirację, zastosowanie ma charakter parodystyczny (do tego przydałyby się jeszcze kursy z poczucia humoru), czy jeszcze inny. Powołanie biegłych niewiele pomoże, za to na pewno wydłuży postępowania i zwiększy ich koszty. Aby skończyć z fikcją prawną i odsunąć wiszącą nad nami groźbę zastosowania przepisów w rzeczywistości należy poważnie zastanowić się nad tym, jak powinny wyglądać regulacje, które mają szansę służyć ludziom i nowoczesnym technologiom. Przy okazji – cała sprawa pokazuje również, że pozwy musiałyby być tak samo wiralowe, jak sam internet i musiałyby mnożyć się w tempie geomerycznym. Prośba o usunięcie zdjęcia spowodowała klasyczny efekt Streisand, w sieci natychmiast pojawiły się dziesiątki kopii oraz dalszych przeróbek zdjęcia i dotarcie do niego oraz jego klonów jest dziecinnie łatwe dla każdego, kto potrafi skorzystać z wyszukiwarki.

Najprostszym i najskuteczniejszym rozwiązaniem byłaby pełna legalizacja niekomercyjnego użytku (dalej bezwzględnie wymagane byłoby wskazanie autora) i remiksu, czyli uznanie stanu faktycznego wirtualnej rzeczywistości – także w odniesieniu do praw osobistych.

Powyższy tekst dotyczy głównie praw autorskich osobistych, których status jest nam znany, ponieważ są niezbywalne. Twórca po prostu nie może się ich pozbyć. Artykuł opisujący sytuację praw majątkowych powstanie, jeśli tylko poznamy podmiot, do którego należą.

(Jako redakcja conasuwiera.centrumcyfrowe.pl nie zabieramy głosu w kwestiach ochrony wizerunku i dobrego imienia, nie mamy również stanowiska w dyskusji, która miała miejsce w komentarzach pod – już usuniętym – zdjęciem).

[1] E. Traple, Komentarz do art. 29, w  Prawo autorskie i prawa pokrewne. Komentarz., Barta J. (red.), Markiewicz R. (red.), Czajkowska-Dąbrowska M., Ćwiąkalski Z., Felchner K., Traple E., wyd. LEX 2011

[2] Barta J., Markiewicz R., Prawo autorskie i prawa pokrewne, wyd. Wolters Kluwer 2011

Zdjęcie 1 aut. Factoryjoe na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa – Użycie Niekomercyjne – Na Tych Samych Warunkach

Zdjęcie 2 aut. Kyknoord na licencji  Creative Commons Uznanie Autorstwa

Tekst powstał przy współpracy Katarzyny Rybickiej.