136534269_0acda47598_b

W grudniu świat obiegła wiadomość o karach, które grożą użytkownikom w Niemczech za oglądanie filmów na pornograficznym serwisie Redtube. Kancelria prawna rozsyłała informacje o naruszeniu i oferowała 250 Euro za zamiecenie sprawy pod dywan. Klasyczny przykład próby nielegalnego wyłudzenia pieniędzy dzięki prawu autorskiemu.

Sprawa była na tyle gorąca, że głos zabrało niemieckie Ministerstwo Sprawiedliwości. Chociaż podkreśliło, że ostateczne decyzje należą do sądu, to nie uważa ono, żeby oglądanie nielegalnie zamieszczonych filmów stanowiło naruszenie prawa. Ministerstwo zaznaczyło, że streaming czyli tworzenie czasowych kopii różni się od zwykłego ściągania pliku na dysk. Jest to dobra wiadomość dla 10 tysięcy poszkodowanych użytkowników. Jednak próba rysowania sztucznych prawnych rozgraniczeń w typie transmisji treści jest bardzo groźne i pokazuje, że poziom świadomości tego, jak działa technologia jest bardzo niski w kręgach rządowych.

Właśnie dlatego należy przypomnieć, że trwają konsultacje społeczne dotyczące reformy prawa autorskiego na poziomie unijnym (gorąco zachęcam do wzięciu w nich udziału, narzędzia ułatwiające wzięcie głosu znajdziecie na konsultacje.prawokultury.pl), a kwestia ściągania treści z internetu i linkowania do nich jest bardzo ważnym pytaniem.

Zanim zabierzecie głos można zastanowić się, co oznaczałaby prawo, które mówi, że samo ściąganie, a nie rozpowszechnianie treści może być nielegalne?

Koniec tajemnicy handlowej

Jeśli ściągnięcie dowolnych treści może stanowić naruszenie prawa, to każdy użytkownik zanim otworzy dowolną stronę będzie musiał mieć wgląd do wszystkich umów podpisanych pomiędzy administratorami stron, dystrybutorami, pracownikami firm, które posiadają strony internetowe. W końcu przeglądanie strony to utworzenie jej kopii na dysku. Czasami będą to kopie tymczasowe, czasami pliki zostaną na dysku na stałe.

Jeśli za pobieranie treści objętych prawem autorskim grozi mi kara, to muszę mieć możliwość zweryfikowania ich statusu prawnego, żeby prawa nie naruszyć. Sprawa robi się rozkosznie skomplikowana, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że prawem autorskim objęte jest praktycznie wszystko to, co znajdziemy w internecie. Co to oznacza? Przed załadowaniem dowolnych treści będę musiał mieć wgląd do wszystkich zawartych umów, które ich dotyczą. Skoro to ja mam ponieść konsekwencje naruszenia prawa, to nie mogę na wiarę przyjąć oświadczenia osoby rozpowszechniającej treści, że wszystko odbywa się zgodnie z przepisami. Nawet, jeśli wszystko odbywa się w dobrej woli i mam do czynienia ze znanym dystrybutorem – w umowach mogły znaleźć się błędy, co oznacza, że ściągnąłbym treści rozpowszechnione w sposób nieautoryzowany.

To przy okazji świetny pomysł na scenariusz prawnoautorskiej „Incepcji” albo „Matriksa” – żeby zobaczyć stronę internetową konieczne będzie sprawdzenie umów pomiędzy rozpowszechniającym, a autorem. Ale umowa również może być przedmiotem prawa autorskiego, konieczne będzie więc zapoznanie się z umową z osobą, która napisała umowę. Ale ta umowa również musiała zostać przez kogoś napisana.

Wsadź szefa do więzienia

Wsadzanie szefa do więzienia na mocy prawa autorskiego to intensywnie promowany przez przemysł praw autorskich pomysł. Niestety – obecnie wymaga to, żeby aktywnie naruszył prawo łamiąc np. warunki licencyjne oprogramowania w firmie. Ale zdelegalizowanie ściągania plików rozwiąże ten problem – wystarczy, że wyślemy szefowi maila z treściami objętymi prawem autorskim. W końcu znaczna część klientów pocztowych automatycznie pobiera załączniki na dysk. Sposób ten będzie działał świetnie również wobec nielubianych współpracowników, byłych małżonków, wykładowców i nauczycieli czy znajomych, którzy zwlekają z oddaniem wiertarki.

Koniec prywatności

Treści objęte prawem autorskim to nie tylko wielkie produkcje filmowe, na tym samym poziomie chronione są również komentarze na portalach społecznościowych, prywatne zdjęcia czy filmy. Oznacza to, że te same zasady będą musiały być zastosowane również do prywatnej korespondencji, maili do rodziny, zakupów w internecie. Oznacza to definitywny koniec prywatności, wysłanie zdjęcia będzie musiało wiązać się z uzyskaniem wszystkich danych osobowych, częściowej wiedzy o dochodach osób, z którymi się kontaktujemy itp.

Łatwe rozwiązania

Oczywiście, już na starcie wiemy, że tego typu rozwiązania byłyby dla obyateli martwe w momencie ich wprowadzenia. Problemy można rozwiązać wprowadzając skomplikowane przepisy, tworząc osobne prawo dla poszczególnych typów treści, wprowadzając osobne rozwiązania dla różnych typów technologii (np. wprowadzić specjalny zapis o tym, że automatyczne pobieranie załączników w mailach nie będzie stanowiło naruszenia praw, o ile nie zostaną one otworzone) albo zmieniając zupełnie sposób, w jaki działa internet i komputery (banał!).

Tylko po co? Już istniejące prawo jest już martwe i zbyt niezrozumiałe dla ludzi, czy na pewno potrzebujemy kolejnego? Dalsze mnożenie niezrozumiałych zasad jest drogą donikąd. Bo problem można rozwiązać już w jego zarodku – po co w ogóle delegalizować tworzenie kopii treści na komputerze? W dyskusji o reformie najczęściej wypowiadają się podmioty zajmujące się profesjonalnym obiegiem treści, które wykazują się albo zupełnym brakiem zrozumienia dla nowych technologii (pomyśl: wydawnictwa), albo dążą do osłabienia ochrony prywatności obywateli (pomyśl: Google i Facebook), albo próbują drastycznie ograniczyć konkurencję (pomyśl: Verizon i zagrożenia dla neutralności sieci).

Skomplikowane przepisy nie są problemem dla tych podmiotów, ale będą one w takim samym stopniu dotyczyły zwykłych ludzi, mogą zupełnie sparaliżować naszą możliwość komunikacji czy uczestnictwa w życiu kulturalnym i społecznym. Warto do debaty dodać głos obywateli. Jeśli debata odbędzie się bez naszego głosu – opisane powyżej absurdy mogą stać się naszą nową rzeczywistością. Klikajcie, opisujecie swoje opinie i pomysły. Reforma prawa na poziomie unijnym będzie decydowała o przyszłości komunikacji, dobrze mieć udział w podejmowaniu decyzji.

fot. Lisa Bunchhofpants, CC BY-NC-SA