Poniższy tekst stanowi tłumaczenie artykułu Ricka Falkvinge na portalu torrentfreak. Wersja oryginalna dostępna jest na licencji Creative Commons BY-NC, tłumaczenie: Kuba Danecki, CC BY-NC

Boston_Tea_Party_Currier_colored

“Jesteście zepsutymi bachorami, które nie chcą płacić”, mówi przemysł praw autorskich, kiedy ludzie dzielą się kulturą i wiedzą w sieci. “Jesteście zepsutymi bachorami, które nie chcą płacić”, powiedzieli Anglicy po bostońskiej herbatce [buncie mieszkańców Bostonu wobec polityki podatkowej Wielkiej Brytanii, który stanowił wstęp do rewolucji i ogłoszenia niepodległości Stanów Zjednoczonych – przyp. tłum]. Mechanizm, który stoi za tymi opiniami jest praktycznie identyczny.

Wraz z każdym przewrotem stare niedobory zamieniają się w dostatek, a dookoła nowego dostatku pojawiają się nowe niedobory. Kiedy do domów doprowadzono prąd, chłodzenie i przechowywanie żywności stało się powszechnie dostępne dzięki lodówkom, a przemysł produkujący lód dla domów z dnia na dzień zbankrutował. Ale pojawiło się zapotrzebowanie na elektryków. Kiedy pojawiły się elektryczne latarnie zawód latarnika wymarł, ale znowu – potrzebne było jeszcze więcej elektryków. Wraz z e-mailem poczta oraz listonosze stali się w dużej mierze niepotrzebni, pojawiło się za to zapotrzebowanie na adminów.

Kiedy komputery pozwoliły nam na produkcję własnych kopii kultury oraz wiedzy na podstawie tego, co zaobserwowaliśmy w sieci okazało się, że przemysł praw autorskich, który miał monopol na tego typu powielanie i utrzymywał niedobór kultury i wiedzy, stał się przestarzały. A w obliczu nowego dostatku kultury i wiedzy pojawiły się nowe niedobory. Kiedy masz mniej-więcej całą muzykę świata na swoim twardym dysku, męczące i pracochłonne staje się sortowanie, które pozwoli wybrać to, czego naprawdę chcesz słuchać.

Nowa muzyczna usługa, Pandora, zajęła się rozwiązaniem problemów nowego niedoboru – sortowała i katalogowała to, czego było pod dostatkiem. Jestem płacącym abonentem numer 110 z obecnych 20 milionów (przy okazji dodatkowo płaciłem za usługi dające możliwość obejścia głupiutkie próby ograniczenia usługi do terytorium Stanów Zjednoczonych).

Rick-Europarl-646x363

Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ piraci nie są niechętni idei płacenia za kulturę i wiedzę. Piraci (a mówiąc “piraci” mam na myśli 150 milionów młodszych Amerykanów, 250 milionów Europejczyków i mniej-więcej młodszą połowę wszystkich mieszkańców świata) po prostu nie chcą płacić za przestarzałe usługi jak powielanie. Piraci to pionierzy.

Lepiej to powtórzyć, bo kluczowym jest zatrzymanie papugowania wypowiedzi o “niechęci do płacenia”, które wynikają z ignorancji wobec sytuacji, w której ludzie dzielą się kulturą i wiedzą w sieci.

Piraci to pionierzy. Jeśli dasz im do rąk coś nowego i błyszczącego, będą w ciebie rzucali pieniędzmi. I w drugą stronę – będą pierwszymi, którzy zidentyfikują umierający rynek, a następnie go opuszczą.

Idąc dalej – nigdy nie zaakceptują praw, które zamkną ich w usłudze, o którą nie prosili, szczególnie jeśli sami są w stanie zrobić dokładnie to samo bez najmniejszego wysiłku – mowa na przykład o produkowaniu kopii filmów, muzyki, gier czy oprogramowania przy pomocy ich własnych zasobów i pracy.

Oznacza to, że nie da się moralnie zobligować piratów do płacenia za produkowanie własnych kopii przy pomocy ich własnych zasobów i pracy – nawet jeśli prawo mówi, że można ich opodatkować i nałożyć na nich za to grzywny. Wydaje się to bardzo ostrym i represyjnym działaniem.

Sytuacja taka miała już miejsce wiele razy i rozwiązania na ogół są do siebie podobne. Jedna z najbardziej znanych sytuacji tego typu skończyła się herbatką w Bostonie. Tamte wydarzenia miały miejsce pomimo tego, że w gruncie rzeczy ludzie nie mieli nic przeciwko płaceniu podatków za herbatę. Po prostu nie chodziło o pieniądze. I nigdy o nie nie chodzi.

Możesz odrzucić racje piratów jako chciwych ludzi, którzy z pewnością mogliby zapłacić, gdyby tylko chcieli, podobnie jak można było odrzucić racje kolonistów jako podłych, chciwych ludzi, którzy z pewnością mogli płacić podatki za brytyjską herbatę. Ale idąc tym tokiem myślenia nie ma szans na zrozumienie istoty problemu, to wybór groteskowo nietrafionego i przerysowanego opisu sytuacji, który pozwala wygodnie żyć w niewiedzy.

“Ale w bostońskim piciu herbatki chodziło o podatki bez reprezentacji, monopol prawnoautorski jest inny”

Ale czy naprawdę?

Naprawdę?

Przyjrzyjmy się faktom. Prawo autorskie powstało, żeby służyć interesowi publicznemu i niczemu innemu. W konstytucji Stanów Zjednoczonych można przeczytać, że celem powstania monopolu prawnoautorskiego jest “promowanie postępu nauki oraz sztuki”. Tylko tyle.

To ważne, żeby to podkreślać, bo celem powstania monopolu (“prawa wyłącznego”) nie jest i nigdy nie było zarabianie pieniędzy na pewnych konkretnych działaniach. W szczególności celem nie było pozwolenie komuś na zarabianie pieniędzy w taki sam sposób, jak robił to kiedyś, nawet jeśli technologia zmieniła krajobraz w taki sposób, że ich oferta nie niosła już ze sobą żadnej dodatkowej wartości.

Monopol prawnoautorski to równowaga, ale to równowaga pomiędzy dwoma konkurencyjnymi interesami społecznymi: interesem w promowaniu powstawania nowej nauki i sztuki i interesem w dostępie do nowej nauki i sztuki. Interes przemysłu praw autorskich nie jest prawowitym interesem w tym prawie.

To tutaj zaczyna się problem. Bo jeśli spojrzymy na to, jak prawo autorskie było pisane i przepisywane w ostatnich dziesięcioleciach, to zobaczymy, że zostało idealnie dopasowane do życzeń przestarzałego przemysłu pośredników poprzez zwiększanie kar za obchodzenie ich monopoli. Interes społeczeństwa – jedynego prawowitego interesariusza – nie jest i nie był w ogóle brany pod uwagę. Społeczeństwo nie jest w ogóle reprezentowane.

A jeśli prawo, które każe społeczeństwu płacić za coś niepotrzebnego i bezwarunkowego nie jest podatkiem, to czym jest?

A jeśli dodać do tego, że społeczeństwo nie są reprezentowane w tworzeniu tego prawa? Hm?

Argument ten może wydawać się ezoteryczny i egzotyczny dla tych, którzy bronią monopolu prawnoautorskiego, ale gwarantuję tym ludziom dwie rzeczy. Po pierwsze: stwierdzenie “po prostu chcecie rzeczy za darmo!” jest sprzeczne z rzeczywistością i egzotyczne dla tych nowoczesnych przedsiębiorstw, które rozumieją technologię i społeczeństwo. Po drugie: bostońskie “podatki bez reprezentacji” było egzotyczne dla tych, którzy byli arystokracją tamtych czasów.

Nie chcę już więcej słyszeć, że po prostu nie chcę płacić. Produkujemy własne kopie tego, co zaobserwowaliśmy, wykorzystując do tego naszą własną pracę i zasoby i mamy moralne, filozoficzne, etyczne, ekonomiczne i naturalne prawo, aby tak robić. Odrzucamy prawo przestarzałego przemysłu do ustanawiania prywatnych podatków na nas za naszą własną pracę. Jeśli chcecie być częścią przyszłości – próbujcie zrozumieć całą sytuację.

Oby debata w 2014 roku była trochę lepsza niż we wszystkich poprzednich latach, odkąd się w nią zaangażowałem około 1987 roku. To od nas wszystkich zależy czy uda nam się to zrobić.

Tekst stanowi tłumaczenie artykułu Ricka Falkvinge na portalu torrentfreak. Wersja oryginalna dostępna jest na licencji Creative Commons BY-NC, tłumaczenie: Kuba Danecki, CC BY-NC

fot. 1 Nathaniel Currier, domena publiczna

fot. 2 Rick Falkvinge, CC0