106059079_32974d827a_b

Chociaż większość użytkowników dzielących się kulturą i wiedzą w sieci nie robi tego w celach zarobkowych i wymiana plików ma charakter ściśle niekomercyjny, nie oznacza to, że nie istnieje grupa osób, która czerpie poważne profity z udostępniania filmów, muzyki czy innych dóbr kultury. Serwis torrentfreak przeprowadził wywiad z użytkownikiem, który jest odpowiedzialny za zamieszczenie w sieci ok. 30 000 tytułów, co – jak sam podkreśla – pozwala mu nieźle zarabiać na życie.

W jaki sposób funkcjonują ci, którzy potrafią uzyskać poważne źródło dochodów z nieautoryzowanych obiegów treści? John, jak nazwano opisywaną osobę, aby chronić jej tożsamość, miał problem z dotarciem do swoich ulubionych seriali, kiedy wyjechał za granicę – legalne usługi streamingowe, z których korzystał na co dzień były dla niego niedostępne poza Stanami Zjednoczonymi. Zaczął korzystać z nieautoryzowanych serwisów, a ostatecznie dodawać do nich treści, które nie były w nich dostępne. Zauważył wtedy, że wielu użytkowników wkleja linki do popularnych treści nie tylko dlatego, żeby się nimi podzielić – mieli w tym bardzo konkretny finansowy interes i szło o poważne pieniądze.

Żeby zarabiać pieniądze należy być „właścicielem” linków. Linki pochodzą z usług hostingowych. Usługi hostingowe to np. YouTube czy już niedziałający MegaVideo, chociaż oczywiście są setki innych, a wiele z nich ma publiczne lub prywatne programy partnerskie.

Użytkownicy oglądający treści na dowolnych serwisach oglądają również reklamy, które generują dochód dla usługi hostingowej, którym to dochodem można dzielić się z użytkownikiem zamieszczającym treści, aby wynagrodzić go za przyciąganie odbiorców. John twierdzi, że dostaje dolara-dwa za tysiąc odtworzeń jednego pliku. Aby pliki generowały dużą ilość wejść należy umieszczać linki na popularnych stronach oferujących szeroki dostęp do treści, których poszukują inni użytkownicy.

Działania Johna powinny budzić sprzeciw – w końcu zarabia on na treściach stworzonych przez innych nie oddając im za to ani grosza. Jego historia pokazuje jednak, że ludzi jego pokroju można błyskawicznie i skutecznie wyeliminować, a ich dochód przekierować do twórców. Dlaczego? John przyjął ten sam model zarabiania, który wykorzystywany jest również przez wielkie wydawnictwa i indywidualnych artystów – oficjalne kanały np. na YouTube opatrzone są reklamami, dochód z których trafia do twórców. Wystarczy zwiększyć ilość treści dostępnych w tych kanałach i problem zostanie rozwiązany.

W oficjalnych źródłach znajdziemy pliki w najwyższej jakości, które biją na głowę to, co dostępne jest w obiegu nieformalnym, więc użytkownicy nie mają powodów, aby szukać treści poza nimi. W nieformalnym obiegu znajdują się przede wszystkim te treści, których nikt nie udostępnił w licencjonowanych źródłach. Świetnie obrazuje to strona piracydata.org – według jej badań tylko 46% z najmocniej piraconych filmów było dostępne w jakiejkolwiek licencjonowanej cyfrowej formie, a przeciągu ostatnich trzech tygodni w autoryzowanym streamingu nie udostępniono ani jednej pozycji popularnej pośród użytkowników. Lukę tę z radością i korzyścią dla siebie zapełnia opisywany John, chociaż nie ma żadnego powodu, dla którego pieniądze nie miałyby trafiać do przemysłu. Problemem jest tylko niechęć do zmian i model biznesowy, który nijak się ma do rzeczywistości.

Przykład Johna pokazuje, że problemem nie są serwisy streamingowe czy hostingowe – to tylko narzędzia, które zdemokratyzowały dystrybucję i z taką samą efektywnością mogą służyć zwykłym obywatelom, jak i przemysłowi. Kiedyś tylko wielkie wytwórnie były w stanie rozpowszechniać filmy, ponieważ wymagało to gigantycznej infrastruktury. Obecnie te same możliwości, co przemysł ma zwykły użytkownik zakładający darmowe konto na jednym z setek serwisów internetowych. Chociaż nie jest to nowy typ konkurencji, w końcu istnieje już od kilkunastu lat, to nie wszyscy zdążyli na to poprawnie zareagować – pomimo tego, że gotowe rozwiązania tylko czekają na wdrożenie, a spadek kosztów dystrybucji jest na wyciągnięcie ręki.

Niestety – dla wielu od zwiększania zysków (większe wpływy + mniejsze koszty, Święty Graal przedsiębiorców, którym przemysł rozrywkowy zdaje się otwarcie gardzić) ważniejsza jest próba zniwelowania wyimaginowanych strat, żeby tylko dopasować zmieniającą się rzeczywistość do własnych przyzwyczajeń sprzed lat.

fot. Josh Harper, CC BY-NC-ND