Wczoraj w Agorze odbyła się debata „E-podręczniki – co nowego w cyfrowych szkołach?”, zorganizowana w ramach akcji „Szkoła z klasą 2.0” Gazety Wyborczej i Centrum Edukacji Obywatelskiej.

(Spiritus movens spotkania była Ola Pezda, wykonująca świetną pracę sondowania, jak cyfryzacja szkół w Polsce przebiega – do najciekawszych głosów na spotkaniu należały wypowiedzi nauczycieli i dyrektorów z różnych miast w Polsce, opowiadających o swoich doświadczeniach. Następnym razem poprosimy o debatę tylko w ich gronie. Drugim bohaterem akcji są dla mnie członkowie – nieco tajemniczej i elitarnej – grupy „Superbelfrzy” na Facebooku. Jak rozumiem, stanowią cyfrową awangardę w polskiej szkole i bardzo dobrze, że istnieją. Nie zdziwiłbym się, gdyby istnienie tej jednej grupy rozmawiających ze sobą w Sieci nauczycieli zmieniało polską szkołę bardziej, niż niejeden program rządowy).

Przechodząc do rzeczy: w końcowej części debaty przedstawiciele komercyjnych wydawców edukacyjnych zaczęli prezentować swoje e-rozwiązania. Rzucała się w oczy jedna kwestia: wszystkie propozycje – a przedstawiono conajmniej cztery – odwzorowywały na ekranie papierową książkę – strony się przewracały, spomiędzy kartek wystawały z boku zakładki, na środku ktoś odwzorował graficznie eleganckie wgłębienie grzebietu książki. Sytuacja wydała mi się paradoksalna – bo na przykład w nieco innym środowisku bibliotekarzy grzebiety są zakałą procesu digitalizacji, który stara się wyzwolić tekst z zeskanowanych kartek. Kopiując pomysł wydawców, odtwarzacze muzyki powinny wyglądać jak magnetofony lub odtwarzacze CD.

Spytałem więc wydawców, o co chodzi z grzebietami. Sam tłumaczyłem to sobie tradycjonalizmem wydawców (co jest opinią nie tylko moją) – choć trzeba przyznać, że rozwiązania poza tym były całkiem ciekawe, nawet jeśli nie spełniały do końca standardów definiowanych powoli w programie. Przykładowo, jeden był zoptymalizowany na – nieszczęsną moim zdaniem – tablicę interaktywną. Ale już np. podręcznik Pearsona, dostępny na papierze oraz w wersji webowej, mobilnej i „pecetowej” był bardzo dobrym krokiem w odpowiednim kierunku. (Ale grzbiet także posiadał).

Wydawcy dość szybko udzielili odpowiedzi: wirtualne grzebiety podręczników nawet części z nich wydają się kuriozalne – ale tego życzą sobie nauczyciele. Więcej, odwzorowanie tradycyjnej książki, z doświadczeń wydawców, jest niezbędne – inaczej bowiem zbyt dziwna cyfrowa treść jest dla nauczycieli nieprzyswajalna.

Z tej historii płynie więc dość smutny wniosek – że hamulcowym procesu zmiany szkoły są w dużej mierze nauczyciele. Ktoś powinien być może stworzyć e-podręcznik (taki z wirtualnym grzbietem) dla nauczycieli, którego przedmiotem byłyby „natywne” sieciowe formaty prezentacji: strona WWW, luźno się lejący tekst z czytnika, itd.

Ale to byłby wniosek nieco uproszczony. Problem bowiem polega na tym, że ci właśnie nauczyciele są tak naprawdę klientami wydawców komercyjnych. Kwestia grzebietu to dobitnie pokazuje – jestem bowiem przekonany, że dzieciom i nastolatkom te odwzorowanie wydaje się sztuczne. Nie wiem więc jak oczekiwać prawdziwej innowacji w zasobach edukacyjnych, jeśli logika biznesowa karze zerkać co chwilę w stronę zachowawczych nauczycieli.

I to powód, dla którego projekt publicznych, otwartych podręczników jest tak ważny. Publiczne finansowanie daje mu bowiem szansę zignorować to ograniczenie. Kamil Śliwowski w swoim wystąpieniu cytował Michaela Trucano z Banku Światowego, jednego z czołowych ekspertów od szkół cyfrowych. Trucano stwierdza, że wadą wielu rządowych projektów cyfryzacji szkół jest zbytnia zachowawczość – nie spełniają pokładanych w nich nadzieji, bowiem kopiują zastaną rzeczywistość, którą z założenia miały zmieniać. Oczywiście nie jest tak, że finansowanie publiczne jest magiczną metodą na innowacyjne zasoby – raczej zakłada się często wręcz przeciwnie.

Pytanie więc, jak będzie tym razem? Dyskusja niestety pozostawiła dużo znaków zapytania. W czasie debaty obecni Ministrowie: Krystyna Szumilas z MEN oraz Michał Boni z MAiC potwierdzili poparcie dla otwartości w programie „Cyfrowa szkoła” – to ważne. Widać, że kluczowe resorty mają do tego projektu przekonanie i wolę jego realizacji. Ale w kuluarach można było usłyszeć, że to za mało – i że zabrakło w całej dyskusji szczegółów, doprecyzowania sposobu realizacji programu. Jestem tymczasem przekonany, że stworzenie nowoczesnej, otwartej platformy i treści dla niej (nowoczesna i otwarta to dla mnie niemal synonimy – a jak demonstrował Kamil, podobnie myśli m.in. Bank Światowy, UNESCO i Komisja Europejska) będzie wymagało dobrze zaplanowanych, świadomych i odważnych działań. Oraz silnego własnego przekonania do idei nowoczesnego podręcznika – otwartego i „bez grzbietu”. Pozostaje więc jedynie liczyć na odwagę tej instytucji – i kierującego nią od kilku tygodni nowego dyrektora, Piotra Dmochowskiego Lipskiego – oraz jej partnerów w projekcie. Druga rzecz, która szwankuje, to komunikacja projektu – Gazeta Wyborcza i CEO wykonały tym razem pracę za administrację publiczną.

Mam więc nadzieję, że następne spotkanie odbędzie się wkrótce, zostanie zorganizowane bezpośrednio przez zespół „Cyfrowej szkoły”, i poznamy na nim więcej szczegółów dotyczących realizacji programu. Dla mnie  najważniejsze byłoby poznanie działań, które zagwarantują wdrożenie otwartości do programu (a więc poradzenie sobie z kwestiami prawnymi, dobre wykorzystanie istniejących otwartych zasobów, wytyczenie ambitnych standardów odnośnie np. metadanych dla OZE, czy zwiększenie świadomości wszystkich interesariuszy tego procesu odnośnie otwartości). Po drugie, liczę, że proces projektowania e-podręczników również będzie otwarty i partycypacyjny – wiemy już bowiem dobrze, że wiedza cyfrowa jest dziś rozproszona często poza instytucjami (do wykorzystania są koniecznie „superbelfrzy”). To dwa kroki, które pozwolą stworzyć naprawdę innowacyjne rozwiązania.

Mylą się bowiem moim zdaniem wydawcy, gdy myślą o konkurencji projektu publicznego w kategoriach udziału w rynku – podstawowa stawka w tej konkurencji dotyczy innowacyjności rozwiązań i poprawienia standardów. A odnośnie „psucia rynku”, którego tak obawiają się wydawcy – Kamil przekonywująco zademonstrował zarówno filozofię jak i praktyczne przykłady rodzaju partnerstwa publiczno-prywatnego, w którym łączone są zasoby komercyjne i prywatne, przez działających dla zysku wydawców. Mam nadzieję, że to pierwszy krok do dyskusji nad tym, jak publiczne zasoby mogą wspierać, a nie zagrażać rynkowi komercyjnemu.

fot. Laurentius de Voltolina, domena publiczna