Drugiego sierpnia sędzia federalnego sądu apelacyjnego USA Richard Posner wydał opinię do sprawy Flava v. myVidster dotyczącą domniemanego naruszenia praw autorskich przez serwis myVidster. Pozwala on dzielić się linkami oraz opisywać filmy w ramach portalu społecznościowego. Wyrok w tej sprawie jest bardzo ciekawy, ponieważ w przystępny sposób tłumaczy pewne zagadnienia związane z prawem autorskim, które – jak pokazuje cała sprawa – umykają szczególnie pozywającym.

W pewien sposób opinia ta stanowi próbę przywrócenia równowagi pomiędzy stronami zaangażowanymi w konflikt na tle praw autorskich. Wyraźnie pokazuje, że naruszenie praw autorskich staje się wytrychem, którym próbuje się rozwiązywać wszystkie sprawy, w których w ogóle się pojawiają – nawet jeśli nie mają one znaczenia dla sprawy. Opinia tym ważniejsza, że w USA prawo opiera się na precedensach, a otworzenie pewnych drzwi przez osobę tak wpływową jak sędzia Posner może ułatwić dalszą walkę z nadużyciami przemysłu praw autorskich.

Oto jak bohater niniejszego artykułu próbuje wytłumaczyć różnicę pomiędzy kradzieżą, a naruszeniem praw autorskich:

Ominięcie procedury płacenia za treść (Paywall) poprzez oglądanie zamieszczonej w internecie kopii jest odpowiednikiem kradzieży książki objętej prawem autorskim oraz przeczytaniem jej. To złe działanie, ale nie jest naruszeniem praw autorskich. Stroną naruszającą prawa autorskie jest użytkownik serwisu Flava [a nie portal myVidster – przyp. red], który skopiował treści chronione prawem autorskim i złamał je poprzez zamieszczenie ich w internecie.

To bardzo ważne zdanie, ponieważ wskazuje, że osoba oglądająca nielegalne treści nie łamie prawa autorskiego. Otwartą zostaje kwestia, czy nie dochodzi do złamania innych przepisów, ale zamyka furtkę dla nieuzasadnionych oskarżeń „kopirajtowych” w każdej sprawie, w której tylko pojawiają się potencjalnie chronione treści.

Flava twierdzi, że poprzez dostarczenie dostępu do stron, które zawierają nielegalne treści myVidster zachęca swoich użytkowników do obchodzenia płatnego dostępu Flavy, a przez to zmniejsza dochód tego serwisu. Nie podlega to dyskusji. Ale dopóki ci użytkownicy nie kopiują materiałów, które oglądają na stronach łamiących prawa autorskie, to myVidster nie ma wpływu na ilości naruszeń.

Pracownik Flavy, który przywłaszczyłby pieniądze firmy robiłby dokładnie to samo (tj. zmniejszał dochody firmy), ale nie naruszałby praw autorskich. myVidster pokazuje nazwy oraz adresy (bo tym są miniatury, tzw. thumbnails) filmów, które są hostowane gdzieś w sieci i mogą (lub nie) podlegać ochronie praw autorskich. Ktoś, kto korzysta z tych adresów, aby ominąć paywall Flavy i obejrzeć chronione treści za darmo zachowuje się dokładnie tak samo jak osoba, która zakrada się do kina, aby bez uiszczenia opłaty za bilet obejrzeć chroniony prawem autorskim film. Ktoś, kto ułatwia takie działanie, które nie łamie prawa autorskiego nie może być posądzony o współudział w złamaniu prawa autorskiego.

Dalsza część zimnego prysznica. Otóż oskarżenia o prawa autorskie mają swoje granice. Nie wystarczą twierdzenia, że ponosi się straty (zresztą twierdzenia często nieuzasadnione), żeby zwrócić się do sądów. Prawo ma swoje granice i należy działać w ich zakresie.

Następnie sędzia podkreśla, że zgodnie z ustawą DMCA (Digital Millenium Copyright Act) pośrednik nie jest odpowiedzialny za zamieszczane przez użytkowników treści, ponieważ nie ma możliwości oceny, czy zamieszczane przez nich materiały nie naruszają praw. Jego obowiązkiem jest jednak reagowanie na zgłoszenia naruszeń.

myVidster nie musiał jednak reagować w ten sposób, ponieważ nie przykładał się do łamania praw autorskich. Przepisy DMCA, na które powoływała się Flava po prostu nie dotyczyły tej sprawy.

Równocześnie sąd podkreśla, że wspomnienie linkowania, cytowania i odsyłania w DMCA ma służyć zwiększeniu ochrony podmiotów przed oskarżeniami o naruszenie praw autorskich, a nie rozszerzeniu praw autorskich na te obszary.

Sędzia wskazuje, że myVidster ma inny charakter, niż np. Youtube, ponieważ nie hostuje filmów na swoich serwerach, a służy wyłącznie za narzędzie społecznościowe, które pozwala znaleźć osoby o podobnych gustach. Przy okazji serwis nie skupia się na jednym temacie, jakim są pornograficzne homoseksualne filmy, w których grają czarnoskórzy mężczyźni (bo takimi produkcjami zajmuje się Flava), ale obejmuje tematy:

od walk w Syrii przez „Obamacare”, „najbrzydsze tatuaże” po „dlaczego powinieneś ciąć swoja parówę dookoła” (tak, naprawdę chodzi o hot dogi)

Sędzia podkreśla, że strata, którą w nieokreślonym okresie miała odnotować Flava nie jest winą serwisu myVidster, ponieważ wiele innych stron umożliwiało dostęp do treści producenta.

Odnosząc się do argumentu o współuczestniczeniu w łamaniu praw autorskich możemy przeczytać w werdykcie, że bezpośrednim łamiącym prawa autorskie jest osoba uploadująca film z naruszeniem praw. Jako pośrednich, drugorzędnych naruszających można wskazać osoby udostępniające linki do łamiących prawo treści. Ale serwis jak myVidster byłby „trzeciorzędnym” uczestnikiem łamania praw, a w opinii sądu taka kategoria nie jest w ogóle objęta prawami autorskimi. Sędzia dodaje jednak, że tak naprawdę nie jest możliwe ściganie nawet tych, których nazywa się „drugorzędnymi łamiącymi prawa autorskie”.

Zwraca jednak uwagę na fakt, że rozmowa o naruszeniu praw autorskich nie powinna zakończyć się na kwestii kopiowania, ponieważ przepisy mówią również o wykonaniu dzieła jako elemencie praw autorskich.

Jedna z możliwych interpretacji mówi, że uploadowanie oraz oznaczenie filmu to publiczne wykonanie, ponieważ pozwala każdemu odwiedzającemu stronę odebrać (obejrzeć) wykonanie. (…) Nazwiemy tę interpretację „wykonaniem przez wysłanie”. Ale alternatywna interpretacja – „wykonanie przez odbiór” – mówi, że do wykonania dochodzi dopiero, kiedy wideo zostanie obejrzane, a nie udostępnione. (…)

Przykładem, na którym sędzia objaśnia różnice ma być sala kinowa. Pierwsza interpretacja wskazuje, że do wykonania dzieła dochodzi, kiedy operator rzutnika ładuje taśmę oraz kładzie palec na przycisku „start”. Druga mówi, że wykonanie zaczyna się, kiedy film ukaże się widowni na ekranie. Chociaż w wypadku kina to druga interpretacja wydaje się być prawidłowa, to cyfrowa rzeczywistość rządzi się innymi prawami. W warunkach sieci to oglądający decyduje o czasie i miejscu wyświetlenia, dlatego według Richarda Posnera upublicznienie powinno zostać uznane za wykonanie.

W tym kontekście sąd wyraził zdziwienie, że Flava nie użyła drugiej interpretacji dla pokazania swoich racji. Gdyby to odtworzenie (dostęp do treści, a nie ich zamieszczenie) stanowiło o złamaniu praw autorskich myVidster mógłby zostać łatwiej pociągnięty do odpowiedzialności.

Opisana opinia jest bardzo ważna dla wszystkich walczących o racjonalne stosowanie przepisów prawa autorskiego. Rozkłada ona na czynniki pierwsze istotę domniemanych naruszeń i pokazuje, że nie można wszystkich problemów z monopolami intelektualnymi traktować jako naruszeń, ponieważ samo wystąpienie zagadnienia nie powoduje, że staje się ono przedmiotem sporu. Przepisy, na które powoływała się Flava nie miały zastosowania do sprawy i to przesądziło o przegranej. Serwis myVidster nie jest bez winy i – jak podkreśla w opinii Posner – jego ukaranie mogłoby mieć miejsce, gdyby nie popełniono błędów w kwalifikowaniu sprawy.

Automatyczne działania, które charakteryzują aktywność przemysłu praw autorskich np. na portalu Youtube mają znacznie mniejszą skuteczność, kiedy zostaną poddane gruntownej analizie przez wysokiej rangi sąd. Jest to pewna nadzieja dla osób niesłusznie oskarżanych o naruszenia, ale mało kto ma czas i środki, żeby sięgać tak wysokich instancji. Rozwiązaniem na krótką metę wydaje się być stworzenie kodeksu dobrych praktyk, które wyeliminowałyby te działania, które mają małą szansę obronić się przed sądem. Rozwiązaniem dobrym byłaby zmiana prawa autorskiego tak, żeby wyrównać szansę zwykłych uczestników kultury oraz wielkich korporacji.

fot. Inside My Shell, CC BY-NC-SA 2.0