Wczoraj w Zachęcie, w ramach (drugiego już!) Dnia Otwartego odbyła się dyskusja o instytucjonalnych Bąblach Zmiany: otwierających się instytucjach. O otwartości rozmawiali Jacek Plewicki (Muzykoteka Szkolna), Lech Dulian (Małopolski Instytut Kultury), Monika Różalska (Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej), Zofia Dubowska-Grynberg (Zachęta Narodowa Galeria Sztuki), a całość prowadził Kamil Śliwowski, członek naszego zespołu.

Debata „Bąble zmiany” w Zachęcie. Autor po lewej, w bąblu zmiany. (fot. Zachęta, być może CC BY?)

Spotkanie było dla mnie wyraźnym sygnałem, że coś drgnęło w kwestii otwartości instytucji kultury. Nie dość, że Zachęta organizuje całodniowe „otwarte” wydarzenie – rozumiejąc otwartość wielowątkowo, od licencjonowania Creative Commons, przed dostępność budynku dla niepełnosprawnych, po działania angażujące widzów w Zachętę i jej wystawy. To jeszcze kilka czołowych instytucji prezentuje swoje działania otwarte – kilka lat temu tak jeszcze nie było (polecam Mirka Filiciaka spojrzenie wstecz na ideę „kultury 2.0”).

Praktyka, nie propaganda

Dla mnie spotkanie było okazją do zastanowienia się, jak rozmawiać o otwartości. Okazuje się bowiem, że sprawa nie jest łatwa. Przede wszystkim temat jest jednocześnie trudny, i nieco abstrakcyjny. Kluczowy dla nas wymiar prawny jest dla praktyków z instytucji równie istotny co trudny. Rozmowy o otwartości często stają się więc bardzo praktyczne – dotyczą zbiorów, które zostały udostępnione, wyzwań z tym związanych, i tak dalej. To rozmowy ważne dla praktyków, ale zapewne nie dość przekonujące dla publiczności, którą chcemy przekonać do otwartości.

Podejrzewam natomiast, że dokładnie taki panel mógłby otworzyć oczy niejednej osobie, gdyby udało się go zorganizować przed widownią złożoną z przedstawicieli czołowych, a zarazem tradycyjnych instytucji kultury – to im przede wszystkim trzeba demonstrować, jak w praktyce realizować otwartość i jakie są jej skutki.

Po drugie, otwartość trudno zaprezentować – szczególnie w wydaniu „mocnym”, w którym dba się także o wymiar prawny sprawy i „formalizuje” dostępność zasobów i możliwość ich wykorzystania. Jedyne, co się zmienia to zapis licencyjny gdzieś w stopce strony, lub w umowie schowanej w instytucji. Otwartość uwidacznia się dopiero gdy można zademonstrować ich skutki – przede wszystkim dalsze wykorzystanie. Ale tych przykładów nie ma ciągle zbyt wiele.

Pierwsi instytucjonalni „ewangeliści”

Po trzecie – tu uwaga dla „ewangelistów” otwartości: nie można od każdej instytucji wymagać, że wprost uzna otwartość za swoją wartość. Choć gdy się to już dzieje, to jest to rzecz wyjątkowa – tak jak w przypadku Zachęty czy Małopolskiego Instytutu Kultury, których przedstawiciele wprost mówią o otwartości jako kluczowej wartości i modelu działania pozwalającego realizować ich misję. Takie instytucje będą na przykład same zabiegać o utrzymanie standardów otwartości, lub nakłaniać do ich trzymania inne organizacje. Ale w przypadku mniej zaangażowanych instytucji zamiast językiem wartości trzeba mówić językiem korzyści: otwartość przydaje się, bo powoduje realne efekty, przydatne dla instytucji i jej pracowników.

Wreszcie – i to jest dla mnie podstawowy wniosek – o otwartości nie wystarczy posłuchać, trzeba jej doświadczyć. Dlatego tak ważne wydają mi się wszelkie działania, które na bazie dostępnych, otwartych zasobów budują zaangażowanie (tak jak nasze Otwarte Zabytki, gdzie państwowy rejestr zabytków jest punktem do całej gamy działań kulturowych i obywatelskich). Potrzebne są też one dla promowania otwartości – historie ponownego wykorzystania to najmocniejsze ilustracje siły tego modelu.

*

Z dyskusji najbardziej zapadło mi w pamięć stwierdzenie Kamila, że fizyczna obecność instytucji jedynie w jednym miejscu na świecie jest formą jej zamknięcia. Ta myśl trafia w sedno zmiany w myśleniu instytucjonalnym i sposobach działania, którą umożliwia internet.

Dziękuję Zofii Dubowskiej za nawiązanie do mojego tekstu o kulturze lata i kulturze zimy, gdzie wspominam o bąblach zmiany (o których usłyszałem dawno temu od prof. Andrzeja Nowaka). Na takich łańcuszkach zapożyczeń opiera się kultura. Zofia znalazła nawet w otwartych zbiorach zachęty ilustrację do tekstu!