Liczba portali społecznościowych oraz ich użytkowników rośnie w nieprawdopodobnym tempie. O potędze social media mówi się już nie tylko w kontekście prywatnych korzyści, ale też ogromnych zalet marketingowych i promocyjnych wprowadzonych za pomocą tych kanałów. Jakiś czas temu, zwracaliśmy Waszą uwagę na największe kłamstwo w sieci, czyli magiczne „przeczytałem i zgadzam się na warunki”. Ta zgoda, o której treści nie mamy najczęściej zielonego pojęcia z każdego nowego użytkownika czyni stronę wiążącej umowy z portalem. Przyjrzyjmy się zatem, co można wyczytać w nieczytanych regulaminach, których przeczytanie deklaruje ponad miliard internautów.

Jak działa portal w świetle prawa?

Jak działa portal społecznościowy każdy wie, ale warto spojrzeć na te mechanizmy przez pryzmat obowiązujących przepisów prawa autorskiego. Podstawową cechą odróżniającą takie serwisy od innych portali, jest umożliwienie użytkownikom samodzielnego tworzenia treści. W konsekwencji utwory (dla przypomnienia – w świetle ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych utwór to prawie każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze), które znajdują się na portalu społecznościowym z jednej strony zostały udostępnione przez użytkowników operatorowi serwisu, a z drugiej są udostępniane przez operatora pozostałym użytkownikom. To jeszcze żadna wiedza tajemna – problem powstaje gdy zastanowimy się, co dzieje się z prawami autorskimi w czasie takiej wędrówki utworu?

Co do zasady, prawną podstawą działalności portali społecznościowych jest licencja, której udziela każdy użytkownik akceptując w momencie rejestracji warunki regulaminu. Na tej podstawie operator serwisu zyskuje szereg uprawnień do udostępnianych treści, w tym do udzielania sublicencji innym użytkownikom. Kwestią podstawową przy udzielaniu tego typu licencji jest jednak posiadanie praw do treści, które są jej przedmiotem. I tu sytuacja się komplikuje. Co jeśli, świadomie lub nie udostępnimy za pomocą swojego konta „utwór”, do którego nie mamy praw? Zarówno tę kwestię, jak i dokładny zakres licencji, każdy z portali reguluje trochę inaczej.

Facebook, czyli polityka prywatności

W przypadku treści objętych prawem własności intelektualnej […] użytkownik przyznaje nam poniższe uprawnienie zgodnie z wprowadzonymi przez siebie ustawieniami prywatności i ustawieniami aplikacji: użytkownik przyznaje nam niewyłączną, zbywalną, obejmującą prawo do udzielania sublicencji, bezpłatną, światową licencję zezwalającą na wykorzystanie wszelkich publikowanych przez siebie treści objętych prawem własności intelektualnej w ramach serwisu Facebook lub w związku z nim.

Gdy użytkownik publikuje treści lub informacje, korzystając z ustawienia Publiczne, zezwala on wszystkim, w tym osobom niebędącym użytkownikami Facebooka, na uzyskiwanie dostępu i wykorzystywanie informacji

Na pierwszy ogień weźmy niepokonanego dotąd lidera w swojej kategorii. Facebook szczyci się swoją wciąż udoskonalaną polityką prywatności, której ustawienia rzeczywiście umożliwiają skrajne zmiany w przedmiocie otwartości portalu. Licencja na wykorzystywanie treści, której udzielamy przy rejestracji jest zatem dookreślana przez ustawienia prywatności. Przykładowo: jeśli wszelkie elementy naszego profilu są dostępne tylko dla naszych znajomych, operator uzyskuje licencję do udostępniania publikowanych przez nas treści tylko tej grupie użytkowników. W przypadku skorzystania z opcji „Publiczne”, zgadzamy się natomiast na wykorzystywanie wszystkiego co umieszczamy na portalu nawet przez osoby niebędące użytkownikami. Warto zaznaczyć, że tego typu licencja, w przeciwieństwie do wolnych licencji Creative Commons, nie wiąże się z obowiązkiem uznania autorstwa – utwory mogą być wykorzystywane bez informacji o ich pochodzeniu.

Nasze ustawienia prywatności są też decydujące w przypadku opublikowania treści objętych prawnoautorską ochroną. W takiej sytuacji licencja nie zostaje udzielona operatorowi, a mimo to utwór staje się przedmiotem dalszego udostępniania (zauważmy, że nie dotyczy to tylko utworów objętych standardową ochroną „wszelkie prawa zastrzeżone”, ale też utworów na wolnych licencjach z oznaczeniem „na tych samych warunkach”). Aby w tego typu przypadkach Facebook nie ponosił odpowiedzialności, jego Regulamin wyraźnie zabrania publikowania treści, które naruszają prawa innych osób, a operator zastrzega sobie możliwość niezwłocznego usuwania takich treści, a w skrajnych przypadkach, nawet zablokowania konta. To, czy sam użytkownik ponosi wówczas odpowiedzialność za naruszenie praw autorskich nie jest jednak jednoznaczne. Pamiętajmy, że w świetle obowiązujących przepisów, jesteśmy uprawnieni do korzystania z utworów bez zgody ich twórców, w granicach tzw. dozwolonego użytku prywatnego, który obejmuje udostępnianie utworu osobom, z którymi pozostajemy w osobistym związku. Czy pozostajemy w nim z kilkoma setkami znajomych na portalu? Trudno powiedzieć. Z pewnością można jednak stwierdzić, że odpowiednie ukrycie profilu na Facebooku zmniejsza w tym przypadku ryzyko naruszenia przepisów.

Pinterest – zmiany na lepsze?

Nasz pierwotny Regulamin stwierdzał, że poprzez umieszczanie treści na portalu Pinterest użytkownik zapewnia operatorowi serwisu prawo do ich sprzedaży. Sprzedaż treści nigdy nie leżała w naszym zamiarze i dlatego też punkt ten został usunięty z Regulaminu.

6 kwietnia 2012 r., taką wiadomość otrzymali wszyscy użytkownicy portalu Pinterest. Była to odpowiedź na niewielką burzę, która rozpętała się, gdy Boston Business Journal i blogerka Kirsten Kowalski zwrócili uwagę na punkt Regulaminu, który charakteryzował licencję udzielaną operatorowi. Faktycznie, serwis gwarantował sobie prawo do sprzedaży umieszczanych treści, co znacznie wykraczało poza pewne standardy przyjęte przez portale społecznościowe. Obecnie, zatwierdzane przez użytkownika warunki kilkakrotnie upewniają go, że pozostaje wyłącznym właścicielem zamieszczanych treści i udziela licencji jedynie na ich przepinanie. Operator, przestraszony głosami, że jego serwis stwarza idealną przestrzeń do łamania praw autorskich, przy okazji zmian postanowił zapewnić użytkownikom poczucie bezpieczeństwa i ochrony.

Szkoda, że zapomniał, że użytkownicy są nie tylko autorami, ale też jednocześnie odbiorcami znajdujących się na serwisie utworów. I że dostęp do portalu mają nie tylko jego użytkownicy, ale wszyscy internauci. Opinie, jakoby struktura Pinterest zachęcała do łamania przepisów prawa autorskiego były jak najbardziej słuszne. Portal pełen obrazków na każdą okazję kusi, żeby wykorzystać je znacznie szerzej niż przepinając na swój profil, a nawet żeby traktować go jak wyszukiwarkę grafiki. Dodatkowo wędrówka wielokrotnie przepinanych obrazków znacząco utrudnia odnalezienie ich autora. Sam użytkownik natomiast, którego prawa do zdjęć operator serwisu tak bardzo chce chronić,    często tych praw formalnie nie posiada.  Inaczej niż na Facebooku – nie ma możliwości ograniczenia ich dostępności, a zatem o zmieszczeniu się w granicach dozwolonego użytku nie może być mowy.

Podsumujmy

Portale społecznościowe to kolejny przykład na to, jak bardzo obowiązujące przepisy prawa autorskiego niedostosowane są do realiów sieci. Ogromna większość użytkowników nie tylko nie czyta regulaminów, których warunki akceptuje, ale najprawdopodobniej nawet nie zdaje sobie sprawy z istnienia problemów, które wymagają uregulowania. Przyzwyczajeni, że ideą tego typu serwisów jest szybki i swobodny obieg informacji, nie widzą potrzeby analizowania statusu prawnego treści, które udostępniają i które zostały im udostępnione. Niestety nie jest to pierwszy ani ostatni przypadek, kiedy otwartość i dostępność są ograniczane przez regulacje prawa autorskiego, a użytkownik staje się odbiorcą sprzecznych sygnałów, mając możliwość powszechnych działań, które okazują się być niedozwolone.

foto Steve Jurvetson , CC BY