Twórcy nie potrzebują ochrony przed kopiowaniem. To daremne. Kopiowania nie da się zatrzymać. Dlatego kopiowanie nie będzie już sposobem, żeby czerpać korzyści z twórczości.

To pierwszy akapit wpisu Jeffa Jarvisa, w którym zastanawia się nad nowym modelem obiegu treści. Wszyscy zgadzają się, że obecny system prawa autorskiego nie spełnia pokładanych w nim nadziei i nie zbliża nas do celów, które przed nim postawiliśmy. Może w związku z tym należy odwrócić zasady? Może należy zamienić copyright na creditright? Pomysł ten wzbudził ogromne zainteresowanie na zakończonym właśnie Internet Governance Forum w Baku. Ale czym różnią się od siebie te dwie koncepcje?

Przede wszystkim spojrzeniem na to, co jest wartościowe w twórczości. Obecnie obowiązujący model prawa autorskiego wagę przypisuje treści. Korzystanie z niej jest przedmiotem kontroli i wymaga zgody twórcy, więc głównym zadaniem osób chcących czerpać z pomysłów, które je zainspirowały jest wprowadzenie takich zmian, żeby spełnić prawne kryteria, które pozwolą nie podawać nazwiska osoby, której pracę cenią.  Jest też druga opcja – poprosić autora o pozwolenie na korzystanie z jego dzieła. Ale w związku z tym, że niewiele osób ma czas i wiedzę pozwalające na codzienne udzielanie licencji różnym stronom obowiązki te, dla wygody, ceduje się na organizacje zbiorowego zarządzania, które w sposób automatyczny, na podstawie taryf i ściśle określonych przepisów udzielają zgód na dalszy obieg dzieła. W praktyce opisane powyżej zachowania prowadzą to do utraty przez twórcę kontroli nad dziełem.

Nowe wartości

Creditright odwraca ten model i największą wagę przykłada do relacji, które powstają między ludźmi, kiedy ci dzielą się wiedzą i twórczością. Jeff Jarvis opiera swoją wizję na kilku punktach. Przede wszystkim: dzielenie się ma być zawsze legalne, treść nie musi być objęta ochroną. To, co stanowi najważniejszy element to przypisanie autorstwa – dzięki temu dookoła każdego twórcy będzie tworzyła się sieć ludzi, których zainspirował oraz tych, którzy inspirują jego.

Model taki wcale nie wyklucza zarobków – twórcy będą mogli opierać się o przychody z uczestnictwa w wydarzeniach, z bezpośredniej sprzedaży treści czy dobrowolnych wpłat w świetnie działającym modelu crowdsourcingowym (jak np. Kickstarter). Pomóc mogą również modele oparte o nowe technologie i metody dzielenia się, np. pozwalające na aktywne odsyłanie do własnej strony i umieszczonych na niej reklam. Dzięki temu zarobki będą zwiększały się wraz z rozprzestrzenianiem idei, a nie na skutek sztucznego reglamentowania dostępu. Pomysłodawca zdaje sobie sprawę, że taki model nie gwarantuje bogactwa, ale nie gwarantuje go również obecny model prawa autorskiego. Zresztą – jeśli się zastanowić – nie ma na świecie żadnego zajęcia, które daje pewność zarobienia pieniędzy.

Skoro piszemy o pieniądzach – autor wskazuje, że giganci cyfrowej ery jak Google i Facebook nauczyli się, że o wiele bardziej wartościowa jest nie sama treść, a świadomość tego, jak wędruje. Nowoczesne firmy zarabiają miliony na profilowaniu swoich użytkowników i oferowanie im usług w zależności od ich preferencji, ale twórcy pozostają w sposób niezrozumiały obojętni na ten model.

Co będzie podlegało ochronie w nowym systemie? Przypisanie autorstwa i zachowanie łączności dzieła i pomysłu z autorem. Nowy porządek będzie opierał się na dążeniu wszystkich, aby zachować ścieżkę, którą przebyła każda idea, ponieważ przyniesie to korzyść wszystkim ogniwom tworzącego się łańcucha. Obecny system marnuje ogromne ilości środków na jałowe próby określenia granicy cytatu czy ilości treści, które można skopiować, przerywa kontakty między twórczymi jednostkami sztucznymi barierami. Zgodnie ze słowami Jeffa Jarvisa – wywrócenie porządku pozwoliłoby systemowi monopoli intelektualnych powrócić do jego pierwotnego celu – sprzyjania rozwojowi i interesowi publicznemu.

Przeczytaj wpis na blogu autora.

fot. Bert Kaufmann, CC BY