Tekst jest tłumaczeniem artykułu Ricka Falkvinge.

Kiedy zaczynasz kwestionować monopol prawa autorskiego wielu pośredników zaczyna zachowywać się, jakby zostali obrażeni. Tak, jakbyś w jakiś sposób naruszył ich przyrodzone, naturalne prawo, co jest po prostu nieprawdziwe.

Prawo autorskie to nie naturalne prawo. To sankcjonowany przez rząd prywatny monopol przyznany w oparciu o założenie, że żadna kultura nie powstanie, jeśli ludzie nie będą zmotywowani możliwością zysku – a przecież zysk może zostać osiągnięty wyłącznie przez stworzenie monopolu.

Jednak kiedy zaczniesz kwestionować to założenie i monopol, to niektórzy zareagują z nieposkromioną złością – jakby zakwestionować ich prawo do życia. To dość zagadkowe, ale jednocześnie wskazuje, że zupełnie nie rozumiemy czym jest i dlaczego powstał. A przecież ludzie, którzy popierają liberalny kapitalizm powinni krzywo patrzeć na „sankcjonowany przez rząd monopol”. Ci, którym blisko do idei lewicowych będą przeciw „monopolowi prywatnemu”. I obie strony będą miały rację.

jeśli pozwolisz, żeby ten monopol trwał tylko 110, a nie 120 lat, to w jaki sposób będzie można zebrać środki na kinowy hit za milion euro?

Gdyby prawa własności i normalna konkurencja zostały zastosowane do kultury i wiedzy, to w ogóle nie można byłoby mówić o prawach autorskich, byłoby dokładnie tak, jak we wszystkich przedmiotach przedsiębiorczości. Porównajcie to do sytuacji, w której kucharz musi tworzyć receptury, a następnie próbować zarobić na nich poprzez ich wykonywanie, edukację innych oraz sprzedawanie książek kucharskich, żeby wymienić tylko kilka sposobów. Specjalnie używam tego przykładu, ponieważ przepisy nie są objęte prawem autorskim, a jednak mamy mnóstwo kucharzy, mistrzów kuchni oraz kuchennych celebrytów.

Przywileje cenzora przechodzą na wydawców

W pewnym momencie historii (a dokładnie – w 1709) wydawcom udało się przekonać prawodawców, że żadna kultura nie zostałaby wydrukowana i rozpowszechniona, gdyby gildia wydawców nie otrzymała monopolu, który wcześniej służył cenzurze. Co ważne: nie twierdzili, że nic nie zostałoby stworzone bez monopolu, mówili tylko, że nie zostałoby zduplikowane i rozpowszechnione. W obawie przed tym, że kultura nie byłaby dostępna dla ludności legislatorzy zgodzili się – z czysto utylitarnych powodów – na przyznanie monopolu. [w temacie cenzury zachęcamy do zapoznania się z artykułem o początkach prawa autorskiego]

Dopiero później podstawa wprowadzenia monopolu, który ogranicza prawa własności, konkurencji i mechanizmów handlu zmutowała w „bez niego nie powstanie żadna kultura albo będzie jej mało”. Obserwujemy to na każdym kroku: „jeśli pozwolisz, żeby ten monopol trwał tylko 110, a nie 120 lat, to w jaki sposób będzie można zebrać środki na kinowy hit za milion euro?”. Nawet jeśli pominiemy fakt, że żaden film nie ma 100-letniego horyzontu inwestycyjnego, to i tak pojawia się argument, że „bez monopolu nie powstanie żadna kultura” (trzeba pominąć też fakt, że wiele filmów zarabia na siebie już w pierwszy weekend w kinach, co może zupełnie podważyć sens obejmowania ich monopolem).

Ale każdy przedsiębiorca, który chce sprzedawać kulturę egzemplarz za egzemplarzem ma klientów na dwóch poziomach. Pierwsza warstwa to ci, którzy ustalają prawo – trzeba im mówić, że monopol naruszający prawo do własności innych będzie służył publicznemu dobru („bo kultura przestałaby powstawać”). Druga warstwa klientów to ci, którzy kupują kulturę kopia za kopią.

To dlatego absolutne zdziwienie wywołuje fakt, że wspomniani przedsiębiorcy reagują furią wobec legislatorów, którzy są ich klientami – nawet jeśli kupują oni tylko pewną ideę – kiedy ci zadają pytania dotyczące istnienia oraz wartości monopoli intelektualnych. Politycy tacy są traktowani jak czarownice, grozi im spalenie na stosie za herezję. Prawo autorskie nie jest prawem naturalnym jak własność albo życie. Nigdy nie było. To zaburzający rynek nadany przez państwo monopol, który ogranicza prawa własności i handel.

Jeśli przedsiębiorcy z sektora kultury chcą utrzymać ten zaburzający działania rynku przywilej, to jego przydatność musi być nieustannie oceniana od nowa. Na ogół nie jest dobrym pomysłem grożenie ludziom, którzy w ostateczności będą decydowali o tym, czy monopol zostanie utrzymany. Lepiej sprzedawać im dalej obrazek, że służy on większemu dobru.

Oczywiście wiemy, że podstawowe przyczyny powstania monopoli intelektualnych są fałszywe – ludzie tworzą coraz więcej i to pomimo ograniczeń, a nie dzięki nim. Na YouTube co minutę ładuje się dwa dni filmu, w 48 godzin ludzie tworzą więcej, niż stworzono w historii świata aż do 2003 roku. Jasne, nie wszystko to filmowe hity, ale przecież ulubiony typ kultury ewoluuje od zawsze. Już nie bywamy tak często w operze czy teatrze, więc może podobny los spotka kinowe blockbustery, a za rogiem czeka na nas coś nowego, co je zastąpi?

Niezależnie od tego – prawo autorskie to nie prawo naturalne, a ludzie którzy reagują złością na próby jego zakwestionowania są w głębokim błędzie. Reagują podobnie do religijnych fundamentalistów. Nie chodzi oczywiście o te cechy, które normalnie przypisujemy religii, po prostu przejawiają podobne wzorce zachowania jak fanatycy religijni: są wrodzy za każdym razem, kiedy ich przekonania podlegają analizie i zadawane są im pytania.

Jak to bywa w przypadku fanatyków to właśnie niechęć do dyskusji może stać się powodem upadku – w związku z tym niech katastroficzne zaburzenie mechanizmów rynkowych ma się dobrze i rośnie w siłę!

tłumaczenie i opracowanie dostępne na licencji CC-BY-NC

fot. Anna Troberg, free for any use