W ostatnich dniach internet rozpaliły wiadomości o losie Mariana Wantoły, animatora, twórcy „Reksia” oraz innych kultowych kreskówek, który pomimo swoich zasług dla kultury spędza życie w biedzie. Jak zwraca uwagę Marcin Maj z Dziennika Internautów, prawo autorskie nie jest w stanie zapewnić mu godnego życia – na poprawę losu może liczyć tylko i wyłącznie dzięki dobrej woli internautów. Ale skoro ochrona monopoli intelektualnych nie służy artystom i twórcom – kto na niej zyskuje?

Skąd wzięło się prawo autorskie?

Ideologicznym fundamentem, na którym powstało prawo autorskie jest założenie, że specjalne przywileje i monopol na decydowanie o korzystaniu z dzieła nadany przez państwo stanowić będą dodatkową motywację dla twórczości i innowacji. Jednak to nie dobro samego twórcy jest celem, a korzyści, które społeczeństwo odnosi z kwitnącego życia kulturalnego i naukowego. Niestety, coraz częściej zapomina się o tym elemencie całego systemu ochrony monopoli intelektualnych, a debata toczy się wyłącznie dookoła interesów podmiotów prawa autorskiego, z dominującą pozycją tych największych.

Doprowadziło to do sytuacji, w której cała struktura obróciła się przeciwko celom, w osiągnięciu których miała pomóc. Prawo autorskie stało się systemem utrzymania kontroli przez wielkich, komercyjnych posiadaczy praw kosztem społeczeństwa, a często również samych twórców.

Universal pozbawia rodzinę wspomnień

Jedną z najgłośniejszych spraw ostatnich lat, w których przemysł praw autorskich wyraźnie nadużył swoich uprawnień, jest sprawa Universal v. Lenz. W telegraficznym skrócie: właściciel praw majątkowych do twórczości Prince’a przy pomocy mechanizmów ustawy DMCA doprowadził do usunięcia z serwisu YouTube 29-sekundowego filmiku, na którym bobas tańczy do piosenki, którą (ledwo…) można usłyszeć w tle. Według rozrywkowego giganta działanie to, chociaż spełniało przesłanki tak zwanego fair use – amerykańskiej wersji zasady dozwolonego użytku, stanowiło naruszenie praw. Protest matki, która nagrała swoją pociechę nie został uwzględniony, ale ta postanowiła się nie poddawać – dzięki pomocy fundacji EFF prowadzi walkę o odszkodowanie za nielegalne usunięcie filmu jej autorstwa.

Kto da kredyt na postępowanie sądowe?

Innym przykładem jest historia Modern Dog, firmy designerskiej z Seattle. Jej właściciele w 2011 roku zauważyli, że ich prace zostały bez ich zgody wykorzystane na koszulkach sprzedawanych przez dużą firmę (tiszerty były częścią kampanii marketingowej filmu). Niestety – próba dojścia swoich praw okazała się zbyt dużym wydatkiem dla firmy, która nie ma osobnego budżetu na koszty sądowe. Artyści postanowili się nie poddawać, już sprzedali dom, dodatkowo prowadzą kampanię crowdfundingową, żeby pokryć koszty procesu.

Brak ochrony przed plagiatem

Flashbulb (Benn Jordan) to muzyk, który po nieprzyjemnych przejściach z serwisem iTunes w 2008 zrezygnował z korzystania z tej platformy i udostępnił swoje utwory za darmo na serwisach torrentowych. Dziś nie żałuje tej decyzji. Zauważył jednak, że inny artysta sprzedaje jego utwory zachowując dla siebie wszystkie pieniądze – mając doświadczenie z bycia celem niesłusznych oskarżeń opartych o DMCA uznał, że dojście swoich praw będzie łatwe i boleśnie automatyczne dla naruszającego. Niestety – stało się inaczej. Żaden z internetowych sklepów z muzyką, do których z zastrzeżeniami zgłosił się Flashbulb nie wycofał ze sprzedaży nielegalnie sprzedawanego pliku. Artysta jest rozżalony, że te same firmy, które wysyłają armie prawników na każdego, kto udostępni muzykę w sposób nieautoryzowany nie dbają w ogóle o interes artysty, kiedy ten stanie się ofiarą plagiatu, a ktoś nielegalnie sprzedaje jego dzieła.

Niesłuszne zarzuty? Oskarżaj bez ograniczeń, płać za możliwość obrony.

Również zwykli użytkownicy internetu są stroną konfliktu, kiedy mówimy o dysproporcjach. Do końca roku najwięksi dostawcy internetu w Stanach Zjednoczonych wprowadzą system „sześciu uderzeń”, który ma chronić posiadaczy praw autorskich. Na podstawie działania automatycznych systemów identyfikowane będą przypadki naruszenia praw autorskich, a osoby, do których należy numer IP, z którego doszło do potencjalnego naruszenia otrzymają ostrzeżenia i porady, jak legalnie korzystać z sieci. Na szczęście system nie przewiduje (jak np. francuskie HADOPI) odcięcia użytkownika od internetu po wielu upomnieniach. Zastosowano w nim jednak inny budzący wątpliwości mechanizm: użytkownik ma prawo wnieść wniosek o ponowne rozpatrzenie stwierdzonego naruszenia, ale musi z tego tytułu zapłacić 35 dolarów. Chociaż pieniądze zostaną zwrócone w wypadku pozytywnego rozstrzygnięcia, to zastanawiać może system, w którym należy płacić za zweryfikowanie wniosku wygenerowanego przez algorytm. Opisywaliśmy już przypadki, w których mechanizmy YouTube niesłusznie blokowały treści na skutek fałszywych doniesień, nie ma powodów sądzić, że w tym przypadku będzie inaczej.

Armia prawników przeciw społeczeństwu

Powyższe przykłady wydają się nie mieć ze sobą wiele wspólnego i dotyczą różnych dziedzin życia i twórczości, ale mają jeden wspólny mianownik: dysproporcje, które obserwujemy pomiędzy wielkimi podmiotami praw autorskich, a resztą społeczeństwa, w tym twórcami. Te pierwsze posiadają ogromne środki pozwalające na ściganie i sądzenie ludzi za najmniejsze przewinienia. Często robią to niesłusznie wiedząc, że pozywani i tak nie posiadają wiedzy ani środków, żeby móc się bronić w sądzie – zamiast tego pójdą na ugody i zapłacą kary zamiast dochodzić swoich praw.

Chociaż działania takie tłumaczy się interesem twórców, to często okazuje się, że nie dostają oni ani grosza z wywalczonych pieniędzy, a całość odszkodowań przejada machina pozwów. Kiedy zaś artyści sami próbują walczyć o swoje prawa, nikt nie słucha ich głosu.

W imieniu posiadaczy praw autorskich każdy powinien prowadzić śledztwo przeciwko własnej rodzinie

Negatywnym zjawiskiem jest również przerzucanie odpowiedzialności za ochronę praw autorskich na użytkowników. Widać to doskonale na przykładzie działania francuskiej ustawy HADOPI, której największym sukcesem jest skazanie 40-latka na 150 Euro grzywny za to, że jego była żona ściągnęła album Rihanny. Identyfikacja naruszeń na podstawie numeru IP pozwala wyłącznie na określenie osoby, która podpisała umowę o dostarczenie usługi dostępu do internetu – nie mówi nic o rzeczywistym sprawcy naruszenia. Wymaganie, żeby posiadacz łącza sprawował funkcję policjanta wobec własnej rodziny, przyjaciół i sąsiadów, aby uniknąć pozwów przeczy wszelkim zasadom współżycia społecznego. Wymusza nieufność oraz motywuje do naruszania cudzej prywatności. Osobnym i nie mniej ważnym w tym kontekście zagadnieniem są kontrowersje, które narastają dookoła niezabezpieczonych sieci wifi.

Aby monopole intelektualne spełniały swój podstawowy cel, tj. wspieranie rozwoju społecznego, należy przywrócić równowagę pomiędzy posiadaczami praw autorskich, a interesem publicznym. Jeśli obecny system pozwala egzekwować prawo tylko ograniczonej grupie podmiotów, to musi zostać zmieniony tak, żeby każdy otrzymał możliwość walki o swoje przy jednoczesnym poszanowaniu prywatności i praw wszystkich innych uczestników obiegu treści.

fot. Truthout.org, fot. CC BY-NC