Jesienią tego roku amerykański Sąd Najwyższy zajmie się sprawą sprzedaży przedmiotów z drugiej ręki i praw autorskich do nich.

Amerykańskie przepisy przewidują, że posiadacz praw autorskich ma prawo decydować wyłącznie o kształcie pierwszej transakcji, nie ma już nic do powiedzenia przy dalszym obrocie konkretnym egzemplarzem. Pozwala to jednym swobodnie pozbywać się używanych przedmiotów, a innym wchodzić w ich posiadanie.

Sprawa Kirtsaeng v. John Wiley & Sons może zagrozić temu modelowi. Rozstrzygnięte w niej zostanie, czy opisana powyżej zasada stosuje się do przedmiotów wyprodukowanych poza terytorium Stanów Zjednoczonych. Jeśli sąd uzna, że nie – może to wprowadzić bardzo duże zamieszanie, ponieważ każda transakcja będzie wymagała zgody posiadacza praw autorskich.

Chociaż zaczęło się od sporu o sprzedaż książek, to konsekwencje dotkną całej gospodarki. Praktycznie każdy produkt w obrocie jest przedmiotem prawa autorskiego, a jego długi czas obowiązywania sprawia, że w niektórych przypadkach niemożliwe będzie dotarcie do posiadacza praw.  Trzeba pamiętać, że oprócz utrudnień w upłynnieniu najnowszych smartfonów obostrzenia dotyczyć mogą produktów produkowanych przed I Wojną Światową. Nawet nie warto pytać w jaki sposób konsument miałby kontaktować się np. z posiadaczem praw autorskich do produkowanej w Wietnamie uszczelki w samochodzie…

W tym przykładzie widać, w jaki sposób posiadacze praw autorskich forsują skrajnie szkodliwe propozycje kosztem całego społeczeństwa i gospodarki. Sprawa, która zaczęła się od oskarżeń wobec osoby, która sprowadzała tanie podręczniki dla studentów może sparaliżować produkcję w Stanach Zjednoczonych – być może o wiele bardziej opłacalne będzie importowanie, ponieważ pozwoli to w pełni kontrolować obrót. Niestety – w imię uzyskania jeszcze większej kontroli działa się wbrew zdrowemu rozsądkowi, interesowi publicznemu oraz prawom człowieka.

źródło: MarketWatch