3611461869_889725872b_b

Poniższy tekst stanowi tłumaczenie wpisu na blogu Davida Gerarda.

Wytwórnie płytowe narzekają, że Internet zniszczy muzykę. Muzycy narzekają, że nie mogą już zarobić na życie. Bezwzględne społeczeństwo, które samo czuje presję ze strony gospodarki każe im znaleźć sobie prawdziwą pracę. Ale problemem nie jest piractwo, a konkurencja. Jest za dużo muzyki i za dużo muzyków, a amatorzy bardzo często są wystarczająco dobrzy dla społeczeństwa. To zdrowe dla kultury, nienajlepsze dla estetyki, a gówniane dla muzyków. Muzycy na początku lat ’90 zaczynali odczuwać presję ze strony ponownych wydań starych kawałków na CD. Teraz, w przyszłości, możesz dostać cokolwiek, co kiedykolwiek zostało zdigitalizowane za darmo, a czas słuchacza stał się cennym dobrem. Ten artykuł nie mówi o majorach czy gwiazdach, a o niezależnych muzykach i wytwórniach, które patrzą jak schnie studnia i zastanawiają się, co się stało.

Nie brakuje arcydzieł.

Gwern Branwen podkreśla, że w kulturze nie chodzi o estetykę. Jest za dużo genialnych płyt, jest za dużo genialnych książek. Wylicza to wszystko, żeby zaprezentować, że obecnie niemożliwe jest bycie na bieżąco i w gruncie rzeczy nigdy nie było to możliwe, nawet w dwudziestym wieku, kiedy wszystko było bardzo powolne, a nagrania kosztowały pieniądze. Celem istnienia kultury jest tak naprawdę tworzenie więzi społecznych (pomyśl o tych wszystkich złych gatunkach i subkulturach, których nie lubisz), a nasza obsesja estetyką to tylko miły dodatek i sposób na tworzenie społecznych kodów. Kultura to wszystko, co ludzie robią w celu interakcji i konieczność robienia tego za pośrednictwem wytwórni płytowych to zupełnie przedziwna sytuacja.

Problem nie leży w genialnych utworach, a w znalezieniu ich i umieszczeniu w odpowiednim estetycznym kontekście (tym, który kształtuje się przez kilka lat młodości).

Jeśli myślisz o pieniądzach, to jesteś drobnym przedsiębiorstwem.

Z punktu widzenia ekonomii XX wiek był dość dziwnym okresem – możliwe stało się masowe produkowanie nagrań, ale było to skomplikowane i drogie, dlatego mieliśmy oligopol wytwórni, który świetnie działa, jeśli chce się wyciskać coraz więcej gotówki. Ale te czasy już minęły. Koszty krańcowe zbliżają się do zera. A to właśnie koszt krańcowy, a nie koszt rozpoczęcia działalności decyduje o cenach. Więc ceny będą zbliżały się do zera. Mikroekonomia bywa dupkiem. W większości drobnych przedsiębiorstw cena to procent dołożony do kosztów krańcowych, a koszt rozpoczęcia działalności wliczony jest właśnie w ten procent.

Twoje koszty początkowe to S (nagranie, projektowanie opakowania itp.). Nie masz możliwości skasowania klienta za te koszty zawczasu, więc musisz rozłożyć je na pewien procent i dodać go do kosztów marginalnych. Koszt marginalny to koszt każdej poszczególnej jednostki już po poniesieniu kosztów początkowych (produkcja każdej kolejnej płyty, każda kolejna wysyłka itp.) czyli M na jednostkę. Twoje totalne koszty to [S + (M*ilość jednostek wyprodukowanych)], a twoje dochody to [(M+procent ponad koszty krańcowe)* ilość jednostek sprzedanych]. To działa bardzo dobrze, kiedy twoje koszty krańcowe są na tyle wysokie, żeby dodać do nich wystarczający do pokrycia S procent (np. koszt płyty CD). Nie działa najlepiej, kiedy koszty krańcowe to praktycznie zero (np. koszt skopiowania mp3). Każdy może cię podciąć dając niższy procent na koszcie krańcowym, a jeśli do tego ich koszty początkowe są niższe, to będą mieli mnóstwo powodów do radości.

To dlatego ceny mają w zwyczaju spadanie tak blisko kosztów krańcowych, jak tylko się da. Jeśli koszty krańcowe wynoszą zero, to ludzie oczekują, że będą płacili dokładnie tyle. (Tak naprawdę byłem zaskoczony, że iTunes w ogóle działa dla kogokolwiek – ludzie płacą dolara za coś, czego koszt marginalny wynosi zero. Każda sprzedaż miała miejsce, ponieważ ludzie chcieli, a nie musieli zapłacić za jednostkę. Wygoda jest warta znacznie więcej, niż myślałem.) Rynek nie jest idealnie efektywny ekonomicznie. Ale nowe poziomy efektywności są naprawdę przerażające i niespodziewane dla muzyków, którzy rozpoczęli działalność w czasie oligopolu strażników bramy (wydawnictw). A nic nie zapowiada, żeby efektywność zmalała.

Dosłownie każdy kto chce może zostać muzykiem. Fajnie dla kultury, słabo dla zatrudnienia.

Ale poważnym problemem, kiedy jest się muzykiem nie jest to, że nagrania są tanie – problemem jest konkurencja ze strony innych muzyków. Bo każde beztalencie jest teraz muzykiem. Są zespoły, które zafałszowałyby syrenę radiowozu, ale ściągnęły Cubase (bo wiecie, jak bardzo muzycy piracą swoje oprogramowanie i sample, nie?) i podrasowały każdą nutę. Są ludzie jak ja, którzy to robią. Laptop za dwieście funtów z LMMS i nagle mam lepsze wyposażenie studia niż to, które wynajmowałem za 100 dolarów za godzinę trzydzieści lat temu.

Jasne, wszystko wyjdzie lepiej, jeśli zatrudnisz prawdziwego inżyniera i prawdzie studio, ale nie musisz tego robić.  Kiedy jakość konkuruje z wygodą, to wygoda wygrywa za każdym razem. Możesz protestować, że masz problemy z opłaceniem kuchni i restauracji, bo twoja muzyka to najwyższej jakości danie przygotowane przez mistrza kuchni. I możesz nawet mieć rację. Ale wszyscy inni dają cyfrowe steki przy zerowych kosztach, nawet jeśli zostały zrobione z tofu, a nawet łajna. To oznacza, że sztuka staje się przedsięwzięciem ludowym – odgłosem kultury, która dyskutuje sama ze sobą. To piękne na swój sposób, ale zupełnie przejebane, jeśli mierzysz w wyższą jakość wewnątrz swojej subkultury. Muzyka się nam nie skończy, ale będzie coraz bardziej nijaka. (Z drugiej strony – być może dzięki temu dziennikarstwo muzyczne znowu stanie się zawodem, chociaż myślałem, że już dawno umarło.)

Nie, nie mam łatwych odpowiedzi

Muzycy konkurują z każdym innym muzykiem na świecie, wliczając w to dosłownie każdego, kto chce być muzykiem, ale nie musi tego robić za kasę. Wszyscy mają teraz dostęp do tych samych kanałów, co profesjonalni muzycy. Wszyscy mamy technologię, jest tania. Amatorzy są często wystarczająco dobrzy dla publiki. Profesjonaliści ledwo sprzedają cokolwiek. Dla muzyków grających na żywo – konkurujecie ze wszystkim co w ogóle istnieje na świecie i co nie jest wyjściem na koncert. Na przykład z całym internetem. I doskonale o tym wiecie. Kilka znanych zespołów nagrało albumy dzięki wpłatom a la Kickstarter: zbierając kasę na koszty początkowe, a nie koszty marginalne. Ale najpierw trzeba mieć fanów.

(…)

fot. Jason Brown, CC BY SA