Gazeta Wyborcza opublikowała dziś tekst autorstwa Heleny Rymar i mojego będący głosem w debacie o otwartości zasobów publicznych.

W tekście nie zmieścił się końcowy akapit, prezentujący naszą wstępną koncepcję regulacji kwestii otwartości zasobów publicznych. Publikujemy ją poniżej jako głos w debacie – która mamy nadzieję się wkrótce rozpocznie – mającej na celu utworzenie nowych założeń przyszłej ustawy.

„Jak widzimy taką pozytywną regulację? Po pierwsze, zasada otwartości zasobów publicznych powinna być wprowadzona, pod warunkiem że wykup praw od twórców zastąpi się mechanizmami licencyjnymi; poprzez dopuszczenie długiego okresu embargo dla wybranych zasobów zapewni się czas na ich komercyjne wykorzystanie; oraz przyjrzy dokładnie wszystkim przypadkom kontrowersyjnym, zachowując możliwość ich wyłączenia spod regulacji. Mamy przy tym poczucie, że otwartość w edukacji i nauce jest niekontrowersyjna, a wyzwania dotyczą wyłącznie sfery kultury. I zgadzamy się z wypracowaną dekadę temu w ramach Budapesztańskiej Inicjatywy Open Access maksymą, że celem jest nie tylko udostępnienie, ale też zapewnienie możliwości ponownego wykorzystania. Aby jednak móc licencjonować treści w otwarty, a przy tym pewny sposób, niezbędne jest wprowadzenie do systemu prawa autorskiego instytucji nieodwoływalnych licencji. Należy również umożliwić zrzeczenie się praw autorskich przez posiadaczy praw. Nie może bowiem być tak, że prawo tworzy bariery dla osób chcących dobrowolnie dzielić się swoją twórczością. Należy wreszcie dostosować zakres dozwolonego użytku do rzeczywistości cyfrowej – nowych obiegów treści i sposobów ich wykorzystania”.

Jednocześnie ubolewam nad wybranym przez redakcję tytułem. Redaktorzy wyłapali bowiem pojawiające się w pobocznym wątku, najbardziej kontrowersyjne stwierdzenie o „histerii twórców” – i ustawili cały tekst czyniąc z niego tytuł. Podobna sytuacja spotkała Jarosława Lipszyca z Fundacji Nowoczesna Polska, którego bardzo stonowany wywiad dla DGP zaczynał się od tytułu „Trwa globalna wojna o prawa autorskie. Będą ofiary”. Myślę, że takie tytuły niepotrzebnie podgrzewają i tak gorącą atmosferę dyskusji – gdy tak bardzo potrzeba nam wszystkim „trzeźwego, rzeczowego oglądu sytuacji” (o czym w tekście piszemy, postulując na koniec wspólne szukanie kompromisu).