W czerwcu opublikowany został raport ConQuest Consulting, partnerami projektu byli IDG , PC World , CHIP oraz CD Action. Celem badania było zgromadzenie informacji o tym, w jaki sposób internauci ściągają pliki z internetu oraz jaki mają stosunek do zjawiska. Dane są ciekawe, ale nie szokują. Okazuje się, że pośród młodych ludzi (bo de facto tacy zdominowali badanie) 93% ankietowanych pobiera z internetu pliki, 85% uważa, że kultura jest za droga itd. Badanie to ukazuje jednak o wiele poważniejszy problem – w jaki sposób sam język debaty jest w stanie zamienić poważną (a przynajmniej aspirującą) socjologię w szereg liczb i wykresów bez żadnego znaczenia i kontekstu.

Badanie nieistniejącego zjawiska

Oto jedno z pytań, na które zadali autorzy raportu: „Czy ściąga Pan/Pani pliki nielegalnie?” Przede wszystkim: zgodnie z polskim prawem autorskim ściąganie plików z internetu nie może być nielegalne w kontekście dóbr kultury (w wypadku oprogramowania sytuacja jest już inna). Dzięki art. 23 ustawy i wprowadzanemu przez nią dozwolonemu użytkowi możemy swobodnie korzystać z treści zamieszczonych w internecie.  Badanie dotyczy więc nieistniejącego zjawiska. Może wydawać się, że to tylko drobna, semantyczna różnica, ale tak nieprecyzyjne określenia wpływają m.in. na odpowiedzi świadomych swoich praw respondentów. Wykres z odpowiedziami zgodnymi z polskim prawem składałby się ze słupka „Nie”, który powinien objąć 100% odpowiedzi (w raporcie to 7%) oraz „Tak”, który leżałby płasko na osi X (w raporcie 93%). Można uszczypliwie powiedzieć, że gdyby opis wykresu zamienić na: „Ile osób w Polsce jest nieświadomych zakresu dozwolonego użytku prywatnego” – dane byłyby bardziej wiarygodne. Ale nie to chcieli zbadać autorzy.

Nieznajomość technologii

Bardzo źle o wiedzy autorów raportu świadczy jego ostatnia część, w której „nielegalne” ściąganie plików zestawiono z korzystaniem z usług streamingowych „typu Megaupload”. Wskazywanie portalu założonego przez ikonę współczesnej walki z przemysłem praw autorskich – Kima Dotcoma – jako alternatywy (do tego w kontekście sugerującym, że jest to alternatywa „legalna”) jest po prostu groteskowe. Z punktu widzenia prawa obie formy dostępu do treści są identyczne, a ich rozróżnienie w raporcie (i do tego przy pomocy kategorii legalności!)  świadczy o niezrozumieniu procesów, które stoją za przetwarzaniem danych przez komputery. Autorzy raportu zdają się też mylić serwisy streamingowe z serwisami typu „file locker”, a takim był MegaUpload.

Zła identyfikacja problemu

Dostęp do treści na pewno stanowi jedno z najbardziej palących zagadnień współczesności. Jednak aby o nim rozmawiać należy poprawnie zidentyfikować problem. W badaniu ConQuest brak jest jakiejkolwiek wzmianki o dzieleniu się z innymi. Autorzy wskazują na sieci p2p jako główny kanał dystrybucji treści, a następnie zadają pytanie czy użytkownicy są świadomi sankcji karnych za pobieranie treści. Jest to bezcelowe. Bardzo łatwo byłoby jednak nadać wagę odpowiedziom – wystarczyło zapytać o to, czy użytkownicy są świadomi kar za rozpowszechnianie plików poprzez sieci p2p i zbadać czy rozumieją różnicę pomiędzy tymi kategoriami.

Dane z kosmosu, wnioski z Księżyca

Zagadnienie dzielenia się treściami przebija się do świadomości społecznej i staje się coraz bardziej palące – dzięki temu rośnie ciekawość i zapotrzebowanie na badania. Niestety – opisywany raport pokazuje, że niska świadomość prawna i powszechnie przyjęte stereotypy występują również w środowisku osób badających zagadnienie, co prowadzi do tworzenia zbioru liczb, które niczego nie mówią o rzeczywistości, a czasami wręcz przeszkadzają w zrozumieniu skomplikowanych procesów stojących za obiegiem treści. Na większości danych zawartych w raporcie po prostu nie można pracować, ponieważ odnoszą się do nieistniejących zjawisk. Gdyby zadać ludziom pytanie o to, czy można oddychać w kosmosie większość stwierdzi, że jest to absolutnie niemożliwe. I będzie miała rację. Ale część z badanych odpowie twierdząco – przecież nawet teraz w przestrzeni kosmicznej przebywa kilka osób i nie mają one najmniejszego problemu z dostępem do tlenu. Nieintuicyjna odpowiedź nie jest skutkiem niewiedzy, a źle zadanego, niekonkretnego pytania opartego o uproszczenia i stereotypy. Niestety, te zdominowały publikację.

Badania, które dezinformują

Podczas prowadzenia badań należy przyłożyć największą uwagę do prawidłowej metodologii i odpowiedniego zidentyfikowania problemu – inaczej po prostu marnuje się czas ankieterów i wprowadza jeszcze większy zamęt dookoła zjawiska. Uzyskane wyniki mają niewielką wartość jako dowody empiryczne, natomiast przyczyniają się do tworzenia paniki moralnej wokół obrotu treści w sieci. Od badaczy należy oczekiwać, by pytając o „regulację nielegalnego ściągania plików” nie pomijali kluczowej w Polsce ustawy o prawie autorskim – a pominęli ACTA, SOPA i PIPA – trzy regulacje, z których żadna nie weszła w życie.

Warto jednak podkreślić, że pomimo błędów z badania ConQuest Consulting można wyciągnąć kilka wniosków. Zwraca uwagę przede wszystkim rozdźwięk pomiędzy świadomością użytkowników, a ich zachowaniami. Ich deklaracje nie pokrywają się z rzeczywistymi działaniami, a nawet wiedza, że mogą robić coś nielegalnego nie wpływa na ich działalność. Jest to poważny problem, o którym na konferencji CopyCamp wspominał Alek Tarkowski w swojej prezentacji – tworzy to poczucie anomii oraz paniki moralnej, które mają bardzo negatywne konsekwencje dla społeczeństwa – prowadzą do zwiększenia przyzwolenia na łamanie prawa oraz narastanie wewnętrznego napięcia.

Raport ConQuest Consulting należałoby w gruncie rzeczy zignorować jako mało rzetelne badanie jakich wiele, niewarte uwagi. Jednak tego rodzaju wyniki są potem powielane w mediach – partnerem projektu są cztery poczytne tytuły o tematyce IT. Co więcej, raporty takie są potem bezkrytycznie przytaczane jako dowody w debacie o polityce kulturowej. O raporcie ConQuest Consulting dowiedzieliśmy się, gdy jego wyniki przytoczył jeden z prelegentów CopyCamp.

fot. milos milosevic, CC BY