W sobotę „Gazeta Wyboracza” opublikowała tekst Wojciecha Orlińskiego „Nie otwierajcie kultury wytrychem„, będący polemiką z opublikowanym tydzień temu tekstem Heleny Rymar i moim (pisałem o nim tutaj).

Orliński w swojej polemice zarzuca nam brak merytorycznej argumentacji. Ta jest trudna do przeprowadzenia mając do dyspozycji 6-7 tysięcy znaków na tekst, szczególnie że ekspercka dyskusja jest trudna dla większości czytelników, nie znających tematu. Ale Orliński sam zajmuje się porównywaniem nas do PRLowskiego reżimu, dywagowaniem na temat zobowiązań wynikających z unijnych rozporządzeń – ale nie dotyka sedna sprawy, czyli sensowności (lub jej braku) otwierania zasobów publicznych. Ostatecznie posługuje się argumentem, że jest to „szalony pomysł obejmowania ideą otwierania zasobów dóbr kultury”. Szalony dlaczego? Czy równie szalone jest otwieranie zasobów nauki lub edukacji?

Zdaję jednak sobie sprawę, że merytoryczna dyskusja jest trudna na łamach prasy, nie tak działa medialna debata publiczna. Skoro Wojciech Orliński oczekuje od nas merytorycznych argumentów, to proponuję, by stworzył ku temu odpowiednie warunki. „Gazeta Wyborcza” jest znana z organizacji ambitnych debat, ostatnio na przykład na temat otwartości podręczników szkolnych. Liczę więc, że Orliński zorganizuje ekspercką dyskusję o otwartości zasobów publicznych – na której chętnie przedstawimy nasze racje.

A teraz komentarz do stwierdzeń Orlińskiego – szczególnie tych, które wydają mi się nieprawdziwe.

Rymar i Tarkowski narzekają, że stowarzyszenia twórców, zamiast dyskutować merytorycznie, „sięgają do porównań z minionym ustrojem” i przyrównują „działania rządu do reglamentacji kultury przed 1989”. Ten zarzut jest nieprawdziwy, o czym świadczy lektura dowolnego dokumentu spośród nadesłanych do MAiC przez stowarzyszenia twórcze – tam merytorycznie punkt po punkcie analizowane są prawne absurdy projektowanej ustawy.

Zarzut jest jednak prawdziwy, polecam na przykład tekst prof. Wojciecha Cellarego (eksperta PIK i KIPA) w „Dzienniku”: „Tylko że taki pomysł już był i nazywał się „komunizm”. Swego czasu komuniści upaństwowili własność materialną i oddali ją we władanie nomenklaturze – dla szczęścia ludzkości. Obecnie „otwartyści” chcą upaństwowić własność intelektualną i oddać ją we władanie nowej nomenklaturze – urzędników dzielących publiczne pieniądze – również dla szczęścia ludzkości.”

Więcej przykładów daje specjalna wkładka do „Tygodnika Powszechnego”, poświęcona otwartości zasobów publicznych, a opłacona przez ZAiKS i SFP. Głos zabiera w niej kilkunastu wybitnych twórców, którzy mówią tak:

Józef Hen: „Ta ustawa ma posmak totalitarny”

Jacek Cygan: „Jeśli słyszę, że właścicielem praw do utworów ma być państwo w konflikcie z prywatną osobą twórcy, to pragnę przypomnieć, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat nasze państwo próbowało być właścicielem różnych dóbr materialnych i niematerialnych, i wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Dzisiaj się próbuje do tego wracać pod fałszywą przykrywką dostępu do własności intelektualnej w internecie. Ten lansowany w niektórych kręgach „socjalizm internetowy” ma niewątpliwie powab populistyczny”.

Janusz Kijowski: „Projekt założeń do ustawy o otwartych zasobach publicznych w swojej treści przypomina dekret Bieruta […]”.

Porównania często nie są wyrażone wprost, ale intencje są jasne – tak jak w przypadku tekstu Krzysztofa Lewandowskiego w tymże „Tygodniku”, który stwierdza: „Poza wszystkim, utwór jest dobrem prywatnym i regulacja korzystania z niego poza przepisami prawa cywilnego budzi zasadniczy sprzeciw, a także niedawne wspomnienia”.

Oczywiście stowarzyszenia twórcze opublikowaly w ramach konsultacji solidne, merytoryczne uwagi – z częścią z nich się nawet Centrum Cyfrowe zgadza (polecam nasze stanowisko). Nie zmienia to faktu, że w debacie publicznej pojawia się wiele haseł demagogicznych, oraz stwierdzeń dowodzących braku zrozumienia koncepcji otwartości zasobów publicznych.

Jest jeszcze jedna ważna analogia z minionym ustrojem. Źródłem wielu błędów w doktrynie „naukowego socjalizmu” było przekonanie jej zwolenników, że występują w roli rzeczników prasowych przyszłości. Lubili przemawiać w imieniu „postępu” i wytykać innym, że są „zapatrzeni w przeszłość” i wylądują na „śmietniku historii”, zmiażdżeni przez „nieuchronne prawa rozwoju społeczeństw”. To samo robią Rymar i Tarkowski, zarzucając twórcom, że „patrzą na teraźniejszość poprzez lusterko wsteczne.

Nigdzie nie twierdzimy, że postulowana przez nas otwartość jest „nieuchronnym prawem rozwoju”. W prowadzonej od lat działalności, przede wszystkim w ramach projektu Creative Commons Polska, opowiadamy się za zmianą ewolucyjną, wypracowywaną poprzez proces negocjacji zmiany z zainteresowanymi stronami. Pisząc o „wstecznym lusterku” mamy na myśli coś zupełnie innego – awersję wobec nowości i propozycji zmian, próbę obrony za wszelką cenę dotychczasowego porządku rzeczy.

Dziwię się przy tym, że Orliński wybrał przykład PRLu – służący jak sądzę jedynie silnemu, negatywnemu naznaczeniu nas jako oponentów w debacie. Jako zadeklarowany fan firmy Apple i jej produktów Orliński powinien wiedzieć, że takie same przeświadczenie o nieuchronności technologii cyfrowych miał Steve Jobs (polecam „Steve Jobs’s pursuit of perfection—and the consequences” Jewgienija Morozova) – którego Orliński jakoś nie porównuje do notabli minionego ustroju.

Skąd w ogóle pojawił się ten temat? Do otwierania zasobów jesteśmy zobowiązani unijną dyrektywą „w sprawie ponownego wykorzystywania informacji sektora publicznego”. Dyrektywa zobowiązuje państwa europejskie do modernizowania prawa tak, żeby prawa autorskie nie hamowały dostępu do dokumentów urzędowych. […] Ale skąd pomysł rozszerzenia tego o dobra kultury? O ile mi wiadomo, to już twórczy wkład ekipy ministra Boniego. Ani tego nie zaleca unijna dyrektywa (przeciwnie, dobra kultury tam są explicite wyłączone), ani nikt tego nie robi na świecie.

Nie rozumiem – częstego w Polsce – podejścia, które zakłada, że uzasadnione są jedynie te zmiany, które wynikają z unijnych dyrektyw i ich zmian. Mam wrażenie, że tego argumentu najczęściej używa administracja publiczna, unikając jakichkolwiek poważniejszych zmian prawa.

Odnośnie dyrektywy re-use, Orliński myli się pisząc, że dobra kultury są tam explicite wyłączone – procedowana obecnie nowelizacja dyrektywy niemal na pewno spowoduje, że dyrektywa obejmie także zbiory niektórych instytucji kultury. Zresztą reżim dostępu do informacji publicznej to inne podejście do kwestii otwartości zasobów niż te oparte na prawie autorskim, więc w pewnym momencie nawiązania do tej dyrektywy tracą sens.

Odnośnie „nikt tego nie robi” – podobne postulaty do tych formułowanych w Polsce były dyskutowane m.in. w Australii, Chile, Kolumbii.

Paradoksalnie, udostępnianie dóbr kultury przez administrację publiczną jest jednym z postulatów Paktu dla kultury, którego nikt nie porównywał do dekretu Bieruta, i któremu nikt nie zarzucał że jest to coś wyjątkowego w skali światowej – więc Obywatele powinni przestać. Pakt zakładał oczywiście inny model otwierania zasobów kultury – przy tym model zaproponowany w założeniach (piszemy to jasno w naszym stanowisku) nie jest dobry, przede wszystkim ze względu na przyjętą koncepcję nabycia praw. Ale w toczącej się dyskusji często krytyka dotyczy nie tylko tej koncepcji, ale ogólnie idei otwartości zasobów publicznych, w tym zasobów kultury.

Ostatecznie należałoby zadać pytanie – dlaczego Polska nie może czegoś zrobić jako pierwsza?

Takie podejście świadczy o głębokim niezrozumieniu funkcjonowania kultury. Rzadko coś w niej jest finansowane „całkowicie prywatnie”. Nawet wytwórnie hollywoodzkie korzystają chętnie ze wsparcia różnych państwowych instytucji, a w Europie trudno sobie wyobrazić artystę, który nigdy w życiu nie skorzystał z żadnej formy dofinansowania kultury.

Po pierwsze, łatwo takiego artystę wskazać – w sponsorowanym przez ZAiKS i SFP dodatku do „Tygodnika Powszechnego” taką niezależność wobec finansowania publicznego deklaruje Eustachy Rylski. Obstawiałbym również, że np. zespół Weekend nie korzysta z finansowania publicznego. Ale obracamy się tak naprawdę w sferze domysłów – dopóki jakaś instytucja nie zdecyduje się opracować lub ujawnić danych ilustrujących stan rzeczy. Najprawdopodbniej też wielu twórców korzysta ze wsparcia publicznego incydentalnie.

Po drugie, warto pomyśleć o przywołanych przez Orlińskiego wytwórniach hollywoodzkich. Orliński zresztą jest wyczulony niezmiernie na bogacenie się dużych korporacji kosztem podatników (polskich) i interesu publicznego. Pytanie więc, czemu w interesie państwa polskiego jest bezwarunkowe wspieranie produkcji hollywoodzkich, dlaczego nie należałoby przynajmniej spróbować wynegocjować określonych warunków wsparcia finansowego? Oczywiście z Hollywood zapewne nie negocjuje się łatwo – w naszym stanowisku na temat założeń przewidujemy możliwość wyjątków od reguły otwartości, właśnie w przypadku niemożności wynegocjowania odpowiednich warunków z podmiotem zagranicznym. Polecam krytyczne spojrzenie na publiczne wsparcie dla produkcji hollywoodzkich, pióra Joe Karaganisa: „Kill the Hobbit Subsidies to Save Regular Earth” w „Bloombergu”.

Zdarzało mi się uczestniczyć w dużych i małych wydarzeniach kulturalnych finansowanych przez: PISF, Polskie Radio, TVP, marszałków województw (teatry!), gminy (domy kultury!), powiaty (kuratoria!)… O każdej z powyższych instytucji można powiedzieć, że jest w jakimś sensie instytucją publiczną. Ale powiedzenie, że gdy artysta podpisuje z nimi umowę, to podpisuje ją z państwem, byłoby uproszczeniem godnym kiepskiego felietonu.

Mówimy o otwartości zasobów publicznych i finansowanych publicznie. Wszystkie instytucje wymienione przez Orlińskiego zarządzają środkami publicznymi. Nawet PISF, który podkreśla, że nie zarządza pieniędzmi podatników, opiera się na rodzaju podatku od podmiotów gospodarczych, które zasilają szeroko pojęte finanse publiczne. Wszystkie te instytucje wymienione przez Orlińskiego mogłyby więc podlegać zasadzie otwartości zasobów przez nie finansowanych lub tworzonych.

Rymar i Tarkowski proponują, żeby o tym projekcie rozmawiać, tym razem już pod wspólnym szyldem obu ministerstw, Kultury i Administracji. Chodzi o to, że najlepsze rozwiązanie nie wymaga angażowania Ministerstwa Kultury. A tym rozwiązaniem byłoby trzymanie się unijnej dyrektywy.

Nie rozumiem, dlaczego ramy dyrektywy regulującej dostęp do informacji publicznej miałyby być najlepszymi ramami dostępności także innych zasobów publicznych. Równie dobrze Orliński mógłby napisać to samo o reformie prawa autorskiego – trzymajmy się ram dyrektywy re-usowej. Na szczęście dyrektywa ta nie tworzy ograniczeń dla regulacji dostępności zasobów nie objętych dyrektywą. Poza tym na działania Unii należy patrzeć całościowo – uwzględniając także postulowaną otwartość nauki w ramach programu „Horyzont 2020” czy też otwartość edukacji zakładaną w nowej strategii edukacyjnej Unii.

Kulturę zostawmy Ministerstwu Kultury.

Kultura jest wspólną sprawą twórców, pośredników (producentów i dystrybutorów) oraz użytkowników treści. Warsztaty, o których piszemy, angażowały wszystkie te środowiska (z różną intensywnością). Ministerstwo Kultury z kolei wielokrotnie deklarowało przywiązanie przede wszystkim do interesów twórców. Kultura jest więc wspólną sprawą, której nie należy pozostawiać jednemu resortowi administracji publicznej.