Na początku tygodnia torrentfreak donosił o „największym bałaganie, jaki kiedykolwiek powstał w oparciu o ustawę DMCA”. Studia filmowe miały zgłaszać skargi do Google domagając się usunięcia z wyników wyszukiwania linków do materiałów naruszających ich prawa autorskie. Pośród linków znalazły się sklepy sprzedające legalne kopie, wpisy na Wikipedii, recenzje w gazetach, a nawet oficjalne fanpejdże skarżących. Internet zareagował wesołym niedowierzaniem.

Bałagan większy, niż mogło się wydawać

Ale sprawa okazała się o wiele bardziej skomplikowana. MPAA odpowiedziała, że żądania usunięcia nie były autoryzowane przez amerykański przemysł filmowy, a za całą aferą odpowiada serwis yesitis.org, który wysyłał fałszywe skargi.

Tłumaczenie to nie rozwiązuje sprawy, a komplikuje ją jeszcze bardziej. Pokazuje bowiem, że zautomatyzowane mechanizmy cenzurowania potencjalnie nielegalnie rozpowszechnionych treści można w łatwy sposób wykorzystać. Opisywaliśmy już sytuacje, w których nielegalne blokowano transmisje NASA oraz korzystano z DMCA do niesłusznego zamknięcia serwisu edukacyjnego, z którego korzystało półtora miliona osób. DMCA może również posłużyć do ograniczania wolności wypowiedzi adwersarzy. Otrzymujemy kolejny dowód na to, że dysproporcje zawarte w mechanizmach kontroli treści pozwalają nieupoważnionym podmiotom ograniczać dostęp do legalnych materiałów.

Procedury, które miały ułatwić ochronę praw autorskich wyrwały się spod kontroli tak bardzo, że zaczynają poważnie uderzać w tych, którym miały służyć.