9469185471_4bb896a9b3_b

Niemieccy wydawcy książek postanowili złożyć pozew przeciwko dziennikarzom, którzy na łamach Der Tagspiegel opublikowali wywiad z twórcą portalu, na którym znaleźć można nielicencjonowane ebooki – boox.to.

Jego twórca w otwarty sposób mówi o tym, że nie zamierza respektować prawa autorskiego i nie interesuje go opinia wydawców i ich prawników, a swoją usługę przedstawia jako odpowiedź na potrzeby rynku porównując ją do Amazona czy bibliotek. Budzi to oczywisty sprzeciw posiadaczy praw, którzy chcą zachować kontrolę nad utworami.

Jednak to, co miało miejsce w przypadku sprawy boox.to można nazwać tylko parodią – zarówno dbania o interes twórców i pośredników, jak i stosowania prawa autorskiego.

Zamiast próbować ograniczyć działalność naruszającego prawa portalu złożono pozew przeciwko dwóm gazetom, które opublikowały wywiad zarzucając im współodpowiedzialność za naruszenie praw autorskich. Podstawą do wysunięcia tych zarzutów był fakt, że w tekście podano adres nieautoryzowanej strony.

Wywołało to łatwą do przewidzenia reakcję, klasyczny efekt Streisand – informacja o bezpodstawnym pozwie błyskawicznie obiegła sieć, a adres boox.to pojawił się nawet na stronie prowadzonej przez Niemieckie Stowarzyszenie Księgarzy. Po kilku godzinach zrezygnowano z pozwu nie mającego żadnej szansy przed sądem.

W sprawie jest jeszcze jeden ciekawy wątek, który pokazuje, jak bardzo wydawcy nie rozumieją rynku, na którym działają. Uzasadniając działanie przeciwko dziennikarzom pisali:

Poprzez bezpośrednie podanie internetowego adresu czytelnik natychmiast dowiaduje się o nielegalnej zawartości strony. Szanując wagę obiektywnego dziennikarstwa należy zauważyć, że nie było potrzeby bezpośredniego podawania nazwy. Publikacja adresu strony w internecie pozwoliła szerokiej rzeszy ludzi dowiedzieć się o stronie. (…)

Chciałoby się powiedzieć – nie ma nic lepszego dla wydawcy, niż poinformowanie czytelnika, że treści, które można znaleźć na stronie nie zostały autoryzowane. Badanie brytyjskiej organizacji Ofcom pokazało, że mniej niż 1/3 użytkowników jest w stanie z dużą dozą pewności odróżnić treści licencjonowane od nielicencjonowanych, dodatkowe 34%-42% ma o tym pewne, ale niewielkie pojęcie.

Oczywiście większa świadomość istnienia strony prawdopodobnie przełoży się na jej większą popularność, ale ważne jest to, pośród których typów użytkowników – czy będzie w stanie odciągnąć płacących klientów sklepów z ebookami, czy raczej przyciągnie tych, którzy do tej pory nie korzystali z tej formy publikacji? W kontekście badań Ofcomu można zastanawiać się, ilu użytkowników, którzy zostali uświadomieni, że korzystają z nieautoryzowanej strony przejedzie do licencjonowanych kanałów. Kolejnym pytaniem będzie to, czy promocja jednej ze stron z nieautoryzowanymi ebookami wpłynie na zwiększenie całego rynku, czy wywoła wyłącznie przetasowania pomiędzy nielicencjonowanymi serwisami.

To wszystko otwarte pytania, na które nie da się jednoznacznie odpowiedzieć, faktem pozostaje natomiast, że jeśli celem pozywających było ograniczenie zasięgu informacji o tym, że istnieje konkurencyjne źródło treści, to polegli oni na całej linii nadając promocji strony ogromnego rozpędu i ośmieszając siebie i swoje racje – zwłaszcza, że celem ich działań nie byli ci, którzy naruszają prawa, a dziennikarze rzetelnie wykonujący swoją pracę.

źródło: torrentfreak

fot. Maria Elena, CC BY