Komentarz: Marta Moraczewska

W serwisie Historia i Media ukazał się artykuł Zakaz fotografowania w muzeach nie musi być zły, nawiązujący do opublikowanego w ubiegłym tygodniu tekstu o inicjatywie Orsay Commons i strategiach umożliwiania odwiedzającym fotografowania eksponatów. Autor, Marcin Wilkowski, przyznaje, że mamy prawo do dzieł z domeny publicznej, ale widzi przede wszystkim problemy związane z robieniem zdjęć przez odwiedzających. „Uwaga fotografującego w tłumie innych zwiedzających skupia się na samej czynności robienia zdjęcia, zamiast na intelektualnej czy estetycznej recepcji dostępnego w ramach ekspozycji obiektu” – pisze – „Jakość fotografii też zazwyczaj różni się na niekorzyść od jakości reprodukcji dostępnych w cyfrowym repozytorium muzeum”.

Jeśli nawet fotografowanie odrywa nas (na chwilę!) od estetycznej recepcji eksponatów, oferuje w zamian dziesiątki sposobów na przedłużenie muzealnego doświadczenia i twórcze eksperymenty. Dla nauczycieli i animatorów jest doskonałym sposobem na przeprowadzenie warsztatów, w których zdjęcia są tylko punktem wyjścia do dalszej pracy. Fotografowanie eksponatów przez dzieci i młodzież może zaowocować życiowym zainteresowaniem sztuką, stanowić pierwszy krok w stronę poważnego zaangażowania w kulturę. Jasne, że jakość techniczna fotografii wykonywanych przez odwiedzających odbiega od jakości reprodukcji – ale inny jest też ich charakter i cel: fotografując, odbiorcy dają wyraz indywidualnej relacji z danym dziełem i samym muzeum. Własnoręcznie zrobione zdjęcie ma dla odwiedzającego osobiste znaczenie, którego pozbawiona jest najbardziej profesjonalnie wykonana standardowa reprodukcja.

Czym innym jest motywowanie odwiedzających do poszerzania kompetencji kulturowych i intelektualnych, czym innym – arbitralne dyktowanie sposobów odbioru prezentowanych dzieł. Fotografowanie jest zaledwie jednym spośród wielu działań, jakie możemy podjąć w przestrzeni muzeum, które wszakże oferuje oprowadzanie po wystawach przez kuratorów, historyków sztuki i specjalistów z innych dziedzin; katalogi wystaw, książki i inne wydawnictwa, które możemy poczytać w bibliotece; wykłady, warsztaty dla dzieci i dorosłych, spotkania z twórcami, konkursy na recenzje i teksty krytyczne, nie wspominając o inicjatywach takich, jak przywołany przez autora Dzień Wolnej Sztuki.

Marcin Wilkowski odsyła nas do „Kryzysu muzeów” Jeana Clair; ten zaś widzi największy problem w tym, że „każdy może wejść do muzeum, może je zwiedzać bez elementarnej wiedzy, poruszając się w ścisku jemu podobnych”. Na szczęście do misji większości współczesnych muzeów należy rozpowszechnianie dziedzictwa kulturowego w możliwie najszerszej grupie odbiorców; za demokratyzacją i różnorodnością odwiedzających idzie różnorodność form odbioru i przekazu. Podczas, gdy Clair marzy o muzeum-świątyni i wymogu szacunku i ciszy, niektórzy wolą zrzucić filcowe kapcie i nie widzą nic złego w odrobinie zabawy z kulturą.

„Przy próbie dotrzymania tempa zmianom w obecnej rzeczywistości, muzealnikom jest szczególnie trudno. Mam nadzieję, że te duszności jednak miną” – pisze Szymon Zdziebłowski w artykule Muzealnik z zadyszką. Nowe formy recepcji treści nie muszą być bardziej powierzchowne od tradycyjnych – o powodzeniu każdego projektu edukacyjnego decyduje przede wszystkim wizja i pomysł na nawiązanie kontaktu z publicznością. Nawet Facebook może służyć pogłębianiu wiedzy i skłaniać do refleksji. Aparat fotograficzny w muzeum może być raz twórczym narzędziem, kiedy indziej zabawką; jak zauważyła Zuzanna Stańska, „nawet zabawki mogą mieć cel edukacyjny i mądre zastosowanie”. Propozycja, by wyznaczyć specjalne dni wolne od zdjęć pokazuje, że wystarczy odrobina wyobraźni i elastyczności, by odpowiedzieć na różnorodne potrzeby odwiedzających, zamiast ograniczać ich prawa. Sztuka w domenie publicznej należy do nas wszystkich.

Komentarz: Kuba Danecki

Sam zwróciłem większą uwagę na wyrażenie „Ostatecznie nie wszystko musi być zarejestrowane i zdigitalizowane i nie zawsze w recepcji kultury i dziedzictwa musimy stawiać w centrum swoje własne ja”. To prawda – nie wszystko musi zostać zdigitalizowane. Ale czemu miałoby nie być? Zawsze z dużym dystansem podchodzę do tego typu argumentów, ponieważ wynikają wyłącznie z obawy przed tym, co może nadejść, a nie z rzeczywistej analizy możliwych skutków. Na początku IV wieku p.n.e. w dialogu Sokratesa i Fajdrosa zwracano uwagę na zagrożenia, jakie dla wiedzy i kultury niesie ze sobą pismo. Wraz z pojawianiem się nowych mód i sposobów dystrybucji wiedzy słyszeliśmy o nadciągającym upadku, działo się tak w wypadku powieści, walca, filmów, telefonów, komiksów, muzyki rockowej i innych. Jednak doświadczenie uczy nas, że wszystkie te przestrogi okazały się po prostu fałszywe, a każda nowinka przyczyniła się do rozwoju, chociaż nie zawsze dało się przewidzieć konsekwencje. Zamiast opierać się digitalizacji, tylko dlatego, że nie musi ona mieć miejsca, lepiej wspierać proces i zobaczyć, co się stanie dalej.

Przywołanie dialogu greckich filozofów nie jest przypadkowe. Marcin Wilkowski pisze, że

Trudno też uznać, że opublikowanie zdjęcia z muzeum na Facebooku i dyskusja w komentarzach może być prostym odpowiednikiem przywoływanych wyżej dawnych dyskusji o sztuce przy obiedzie. Dyskusje te wymagały przynajmniej podstawowej wiedzy o kanonach kultury i – skoro nie było łatwego dostępu do reprodukcji – umiejętności wizualizowania sobie w wyobraźni szczegółów omawianych dzieł i obiektów.

co warto porównać z wypowiedzią Sokratesa (27 strona dokumentu):

Ten wynalazek [litery] niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek, który się tego nauczy, przestanie ćwiczyć pamięć; zaufawszy pismu będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz, z odcisków obcych, a nie z własnego wnętrza, z samego siebie. (…) Jest w piśmie coś bardzo niebezpiecznego, i w tym jest ono rzeczywiście podobne do sztuki malarskiej. Toż i jej twory stoją przed tobą jak żywe, ale jeśli kiedy zapytasz je o co, wtedy bardzo uroczyście milczą. Tak samo słowa pisane: zdaje ci się, że one myślą to, co mówią, ale jeżeli zapytasz je o coś, żeby lepiej zrozumieć to, o czym mówią, one wciąż tylko jedno wskazują, zawsze jedno i to samo

I właśnie dzięki temu porównaniu jestem przekonany, że „nieuczone” dyskusje na portalach społecznościowych o dziełach sztuki najwyższej jakości mogą przynieść tylko i wyłącznie korzyści. Skoro pismo pozwoliło rozwinąć się myśli pomimo tego, że miało ją zabić, to podobnie rozwój sztuki i wyobraźni przyniosą mordercze dla niej przeklejki na fejsbukowe ściany. Obecnie problemem nie jest niski stan wiedzy o zasobach kultury i dziedzictwa, a faktyczny brak dostępu do nich. Jasne, można argumentować, że jeśli człowiek nigdy w życiu nie zobaczy „Guerniki”, to będzie musiał sobie ją wyobrazić, ale chyba nie jest to najlepsza linia obrony. Wyobraźnia i wiedza o sztuce i kulturze rozwijają się na skutek kontaktu z nimi, a nie dzięki reglamentacji dostępu.

Fot. See-ming Lee, CC BY-SA