Wytwórnie filmowe, wydawcy książek i czasopism oraz giganci rynku oprogramowania generują kilkakrotnie większy wzrost zysków, niż transport, budownictwo oraz górnictwo. Badacze z ośrodka policybandwidth, którzy są odpowiedzialni m.in. za pracę nad ustawą DMCA oraz SOPA opublikowali raport, w którym porównuje się zyski gałęzi, które uznaje się za zależne od prawa autorskiego (copyright-intensive industries) oraz te, które z prawem autorskim nie mają wiele wspólnego.

Z badań wynika, że w latach 2003-2012 wybrane sektory przemysłu kreatywnego zwiększały swoje dochody o średnio 3.98%, a pozostałe wybrane dziedziny – o 0.75%.

Z tych danych wyciąga się wniosek, że obecny system ochrony monopoli intelektualnej nie wymaga żadnych zmian. Jonathan Band, autor pracy, powiedział, że

Wysoki poziom zysków przemysłu opartego o prawo autorskie sugeruje, że obecny system efektywnie im służy i nie wymagają one żadnej specjalnej pomocy od rządu w postaci nowego prawodawstwa lub metod egzekwowanie praw

Z jednej strony jego opinia wyjmuje argumenty z rąk lobbujących na rzecz większej ochrony – skoro osiągają ponadprzeciętny wzrost zysków każdego roku, to ich sytuacja nie może być tak zła, żeby wymagała specjalnej zmiany przepisów. Z drugiej – skoro mamy do czynienia z gwałtownym rozwojem, to prawdopodobnie obecnie obowiązujące prawo nie jest tak złe i można je zostawić w takiej formie, w jakiej je zastaliśmy.

Oczywiście argument ten jest nieprawidłowy na wielu poziomach. Przede wszystkim – obecnie działające przedsiębiorstwa uzyskują zyski pomimo, a nie dzięki obecnie funkcjonującemu prawu, nie zadowala ono żadnej ze stron. Można uznać, że w ten sposób działają kompromisy, ale w tym wypadku raczej mamy do czynienia ze złym, przestarzałym prawem, a nie złotym środkiem.

Kolejnym zagadnieniem, na który nie zwrócono uwagi jest fakt, że obecnie obowiązujące regulacje powodują ogromne koszty transakcyjne i ogromną niepewność prowadzenia biznesu. Tylko w jednej sprawie w 2010 roku Google wydało 100 milionów dolarów, a ostatecznie i tak nie trafiła ona przed sąd, co ukróciło szał wydawania pieniędzy na prawników (danych o własnych wydatkach nie podał Viacom, który pozwał Google). Przedsiębiorcy działają w prawnej pustce, każda ich decyzja obarczona jest nie tylko „zwykłym” ryzykiem inwestycyjnym, ale również ryzykiem związanym z (często bezzasadnymi, ale i tak drogimi) pozwami. Reforma pozwoliłaby zmniejszyć niepewność działania i zredukować ryzyko.

Problem ten dotyczy przede wszystkim małych i średnich firm. Raport Lisbon Council podkreślał, że motorem nowej innowacyjnej gospodarki będą małe firmy działające w internecie, a obecnie to właśnie one mają największe kłopoty z obowiązującym reżimem ochrony monopoli intelektualnych. Innowacyjne rozwiązania są bardzo często atakowane przez stare modele biznesowe, a brak środków na obronę sprawia, że przedsiębiorcy albo w ogóle rezygnują z prowadzenia działalności, albo sprzedają swoje firmy gigantom zdolnym do sądowej walki, co jeszcze bardziej wzmacnia pozycję monopolistów.

Chociaż raport przedstawia wiele ciekawych liczb (dochody poszczególnych wytwórni, firm produkujących oprogramowania itp.), to ciężko na jego podstawie wysnuć jakiekolwiek wnioski. Dane obejmują tylko największe firmy na amerykańskim rynku, nie pokazują rozkładu dochodów, a przez to nie pozwalają na analizę, która uprawniałaby do stwierdzenia czy obecne regulacje służą czy blokują rozwój. Brakuje również szerszego spojrzenia na gospodarkę i wizji tego, jak mogłaby wyglądać w przyszłości, a w związku z tym na pewno nie upoważnia do stwierdzenia, że „skoro ktoś zarabia, to musi być dobrze”.

fot. ElDave, CC BY-NC-SA